wtorek, 15 grudnia 2009

Idzie zima - Siekiera cover ;)

Samochody w zaspach toną, a to, kurna, pech
Nie dojadę dziś do pracy i się wkurzy szef
Nawet tramwaj się nie rusza, utknął w szynach gdzieś -
Idzie zima, idzie zima, będzie biała rzeź!

Tam na polu ślisko bardzo, leży sobie śnieg
Bałwan dzielnie wali miotłą, sra na niego pies
Matko maja, spójrz przez okno! Wszędzie śnieżki, bleeee!
Idzie zima, idzie zima, będzie biała rzeź!

wtorek, 17 listopada 2009

"Nie tylko kobiety... czyli o kosmetykach upiększających dla mężczyzn"

To tytuł mojej pracy zaliczeniowej na materiały kosmetyczne. Postanowiłem pogrzebać trochę w necie i doszukać się historii stosowania makijażu przez mężczyzn, opisać i poddać krytyce stan obecny. Praca póki co "się pisze", zrobiłem prawie połowę. Czas na resztę, w sumie najważniejszą, i postulaty końcowe. Dużo wywodów o płci kulturowej, stereotypach itp., a także przykładów ze świata filmu, teatru i sztuki, coś niecoś o mroczniakach... Pracę opublikuję również na którejś wszechnicy genderowej, w końcu kiedyś trzeba zadebiutować :).

wtorek, 10 listopada 2009

Jitrois

Prawdopodobnie każdy, kto nieco interesuje się modą, wie kto to Jean Claude Jitrois... a jeśli nie, to śpieszę z wyjaśnieniem: chodzi o sławnego paryskiego projektanta mody, zajmującego się przede wszystkim odzieżą ze skóry. I, jak zapewne można by się było spodziewać, jakość oraz ceny jego wyrobów są wysokie, więc kupowanie rzeczy od niego w moim przypadku nie wchodzi w rachubę, przynajmniej na razie :). Tym niemniej jest na co popatrzeć - na stronie www.jitrois.com do obejrzenia są kolekcje z/w 2009, w/l 2009 i z/w 2008. Gorąco polecam, zarówno "męskie" jak i "damskie". Niestety nie dokopałem się do starszych kolekcji, a szkoda.

czwartek, 5 listopada 2009

"Systematyczność? A co to takiego?"

Dawno nic nie pisałem; a to byłem zawalony robotą, a to mi się zwyczajnie nie chciało. Trzeba by to nadrobić i napisać, co się działo :).

1. Wakacyjna wyprzedaż w bibliotece rejonowej. Ceny były niskie - złotówkę albo dwie, więc nie ma co się dziwić, że przez dwa tygodnie przesiadywania między regałami i mozolnego szabrowania w poszukiwaniu interesujących pozycji udało mi się zgromadzić ok. 3 metry książek. Przeważnie powieści, trochę liryki, książki o tematyce humanistycznej [psychologia, socjologia, filozofia, sztuka] i naukowo-technicznej [fizyka, chemia, elektronika]. Lektury mam na ładnych parę miesięcy, a przestrzeni na półkach brakuje, książki walają się po całym pokoju :).
2. Koncertów po Lacrimosie - żadnych. Miałem zamiar wybrać się na Dioramę do Poznania, ale w końcu mi się nie chciało, wolałem pokombinować coś z pecetem bo dokładałem nowy twardy dysk i próbowałem postawić gentoo, na razie bez skutku.
3. Robota w Łódź Art Center. Prawie miesiąc włażenia na drabinę i schodzenia z powrotem, szabrowania w poszukiwaniu niezbędnych materiałów, montowania świateł na wystawach. No, ale tysiąc złotych piechotą nie chodzi - kasa jak zwykle poszła na sprzęt fotograficzny, ciuchy i narzędzia. A jaki był lans na wernisażu!
4. Nowe szkło - Pentacon 4/200 preselekcyjny, z 16-listkową przysłoną. Tylko jakoś czasu mi brak, żeby gdzieś iść i go rozdziewiczyć. W planach mam jeszcze zaopatrzenie się w kulową głowicę Manfrotto - mówią, że biednych nie stać na kupowanie tanich rzeczy i trochę w tym racji jest, bo mam badziewną kulówkę no name odlewaną z aluminium, która się wytarła i całość nadaje się do zezłomowania.
5. Studia - IV rok na chemii, specjalność: chemia i fizyka polimerów. I wreszcie upragniony przedmiot: materiały kosmetyczne. Nastawiałem się nań już na drugim roku. Wrażenia: laborka za krótka [zaledwie przez pół semestru...], wykład nudny [prowadząca odwala diktowkę, nie wspomaga się zdobyczami współczesnej techniki innymi niż rzutnik foliogramów]. Trochę się rozczarowałem, ale i tak wiążę z kosmetykami swoją teraźniejszość i przyszłość. Wiem już, gdzie będę robić magisterkę :).
Swoją drogą, "przedwcześnie" zaliczyłem przedmiot "angielska terminologia chemiczna". W porównaniu z resztą grupy byłem bardzo zaawansowany i po prostu zanudziłbym się na tych zajęciach :).
6. Sprawiłem sobie cudowną marynarkę ze skóry: leży świetnie, ma bardzo elegancki krój i jestem z niej bardzo zadowolony. Wydałem 270zł + 15 za przesyłkę + 45 za przeróbkę - skrócenie rękawów. Kasa się zwróci, sprzedam parę innych ciuchów. Wrzucam zdjęcie z aukcji, żeby się pochwalić:

Z pozostałych zakupów: botki na obcasach - jutro odbieram od szewca, bo były za ciasne i trzeba było je rozbić. Są zrobione z dobrze wyprawionej, nieco lśniącej skóry, dobrze wyglądają na nogach, wyszczuplają je. Zdjęcie z aukcji:

Poza tym sprawiłem sobie w lumpeksie bordową, marszczoną koszulę. Cudna rzecz, świetnie pasuje do musznika który sobie sprawiłem półtora roku temu natchniony przez ukochaną :).
7. Jak co roku byłem w Kłomnicach - tym razem dłużej niż zwykle, bo pojechałem tam 31. października. Tak więc fufuński Halloween odpadł. Zauważyłem za to dużo zmian: ciotka robi sobie remont w domu, dawny dom mojej babci został przemalowany na żarówiasty seledyn [czyżby obecna właścicielka była cybergotką?] i ogrodzony ultratandetnym betonowym płotem, kuzyn rearanżuje sobie podwórze, a kuzynka postawiła bardzo fajne ogrodzenie a la XIX wiek. Jedyne, czego mu brakuje, to ok. 30cm podmurówki.
Przy okazji udało się coś cyknąć:




...a oto tygrys podczas zabiegów higienicznych:


wtorek, 1 września 2009

Lacrimosa, Kraków, klub Studio 28.08.2009

Jeden z najwspanialszych koncertów mojego życia odbył się 28 sierpnia w krakowskim klubie Studio. Był to jeden z dwóch występów Lacrimosy w Polsce [drugi - 1.09 w warszawskiej Progresji], w ramach trasy koncertowej promującej album Sehnsucht.

Samą grupę poznałem w lutym albo marcu 2007 roku, zaczynając na Elodii. Album ten mi się niesamowicie spodobał, zakochałem się w nim od pierwszych taktów Następnie nadarzyła się okazja, by poznać Stille [nabyta w lumpeksie kaseta "przegrywka" od jakiegoś zagranicznego entuzjasty, który nawet narysował Jestera na grzbiecie], potem zaś - Angst, Einsamkeit, Saturę i Fassade. Byłem wkręcony na całego, a gdy moja wtedy ukochana opowiedziała mi o koncercie w Bydgoszczy w 2005 roku, zdecydowałem, że przy pierwszej nadarzającej się okazji [która nastąpiła teraz] zobaczę Anne Nurmi i Tilo Wolffa na żywo. W międzyczasie znajomy ze studiów zaznajomił mnie z Inferno, Echos, Lichtjahre i Lichtgestalt.

Problemów finansowych raczej nie miałem [acz gdyby nie dwa zlecenia, z wyjazdu nici], więc byłem w stanie udać się na koncert. Najpierw sprawy organizacyjne: jak tam dojechać, gdzie spać itepe itede. Na szczęście obyło się bez problemów, wszystko udało mi się zorganizować w najlepszy możliwy sposób. Pojechałem pociągiem i na miejscu byłem około osiemnastej. W okolicach dworca spotkałem Arachnę, postanowiliśmy zamówić taksówkę i za symboliczne 7 złotych od osoby byliśmy pod klubem Studio na kampusie AGH. Spotkaliśmy Drzoannę, Yagę, Tilla, Inte... Kontrola biletów, wszedłem. Okazało się, że miałem za dobry aparat [nie wiem, kto mądry uznaje teraz siedmioletniego, 6-megapikselowego Canona 10D z manualnymi obiektywami za sprzęt profesjonalny] i, zgodnie z moimi obawami, trzeba było zostawić go w depozycie. No dobra, trzy złote za taką przyjemność to żadna kwota - przy okazji przepakowałem parę rzeczy do torby podróżnej i wziąłem z niej kosmetyczkę, niestety zapomniałem o kapeluszu. Udałem się do toalety zrobić makijaż. Krytykowałem dyskryminację ze względu na płeć, której przejawem był fakt, że lustra były tylko w "damskiej" łazience. Tam też poszedłem się upiększać. Pogadaliśmy chwilę z Drzoanną i obiecałem ją ratować w razie pogorszenia samopoczucia [oboje mieliśmy nienajlepszy stan zdrowia- jej dolegały jelita i sytuacja była dość poważna, a ja byłem przeziębiony i ciągle się smarkałem :)]. Przewinął się Till i kilka innych osób, w tym paru zastanawiających się nad tym, czy łazienka jest XX czy XY :).

Szybki makijaż wykonany, wio na górę. Poszedłem pod scenę, przy okazji spotykając Erzulię, i dołączyłem do swoich. W klubie było kilkaset osób, zaduch jak skurczybyk - myślałem, że tam umrę. Czekamy. Na zegarze dziewiętnasta trzydześci, rozbrzmiewa "Intro" z Inferno, gromkie brawa. Pośrodku sceny - plazmowy telewzor. Zerwanie kurtyny, wchodzi Lacrimosa w niepełnym składzie, bez Dwojga Najważniejszych. Za pierwszym razem myślałem, że gitarzysta solowy to Tilo Wolff, tyle że bez skunksa - naprawdę tak mi się zdawało! Zaczyna się "Die Sehnsucht in mir" z nowego albumu. Słychać dobrze znany głos, tyle, że "Tilo" ;) nawet nie porusza ustami; Drzoanna zwróciła moją uwagę na telewizor. Twarz prawdziwego Tilo na ekranie - czyżby nie było Go wśród nas? Zachorował? Co się do cholery stało?

Po chwili oboje wchodzą na scenę, witani owacjami, i zaczynają śpiewać. Nie wyznawałem się na Sehnsucht, więc nowe utwory były mi obce, śpiewałem [jak to mam w zwyczaju na koncertach] tylko urywki tekstów. Na szczęście jako następny utwór zagrali "Alleine zu zweit", a więc coś doskonale mi znanego. Drżałem z zachwytu, śpiewałem - po prostu gdybym miał na tym koncercie umrzeć, odchodziłbym w poczuciu szczęścia. Pomyślałem, że gdy poleci "Halt mich", naprawdę tak się stanie. "Durch nacht und Flut", "Schakal", "A Prayer for Your Heart", "Mandira Nabula" [który rozpoznałem podczas refrenu :)], dobrze znane i taneczne "Alles Luge", "Der Morgen Danach"... A następnie - "I Lost my Star", też rozpoznałem; jednak moja znajomość Tęsknoty nie była taka kiepska... "Lichtgestat", i wreszcie "Halt mich". Utwór, który podczas każdego przesłuchania Elodii wynosił mnie w same niebiosa. Tak było również na koncercie; doznawałem czegoś cudownego, czegoś bardzo mistycznego, a że tekst znałem doskonale, nie było mowy o nieśpiewaniu. Potem "Der tote Winkel" - w którego albumowej wersji podobało mi się przede wszystkim to, że Anne śpiewała bardzo lekko i eterycznie. Tak też było na tym koncercie. Nagłośnienie spisywało się bez zastrzeżeń, wszystko grało jak należy, nic nie ginęło, prawie zupełnie brakowało przesterów... Świetnie, akustycy się postarali i należy ich docenić, podobnie jak oświetleniowców - ci również odwalili kawał dobrej roboty. Po "Martwym Rogu" Anne zamieniła się na miejsca z Tilo i usłyszeliśmy "Not Every pain Hurts", następnie powrót do stanu poprzedniego, "Copycat" i "Stolzes Herz". Zespół schodzi, gromkie brawa i zagrzewanie do bisu. Wrócą? Nie wrócą? Światła na estradzie świecą, "górne" wyłączone, dymiara puszcza opary na scenę - może koncert się nie zakończy? Przychodzi techniczny solisty, stroi gitarę. Lacrimosa ku ogólnej radości wraca, tyle, że Tilo dzierży w swych dłoniach... trąbkę. Zastanawiałem się: po co mu ona? Rozbrzmiewa "Call Me With the Voice of Love", gdzie Tilo gra partie dęte. Hej, naprawdę o tym nie wiedziałem! Było super. Jako następny utwór poszło "Komet", następnie "Ich verasshe heut' dein Herz". Znowu utwór z Elodii, znowu uczucie wyniesienia w niebiosa, znowu śpiewanie. Znowu powstrzymywanie się od płaczu w trosce o nierozmazanie sobie kredki do oczu ;). Chwilo , trwaj!!! ...i skończyło się. Zeszli ze sceny i zanosiło się, że nie wrócą. Kilka minut braw i zagrzewania do bisu. Uff, udało się. Wrócili i, jako ostatni utwór, zagrali "Feuer" - również z nowego albumu. Więcej bisów nie było bo i nie miało być [wiem, widziałem oryginalną tracklistę :)] - koniec występu... Całość trwała dwie i pół godziny i skończya się około dwudziestej drugiej, a jedyne, czego troszkę żałuję jeśli chodzi o muzykę, to brak utworów z pierwszych trzech albumów. Takie "Der letzte Hilfesschrei" czy "Bresso" należą do moich ulubionych; rozdzierają moją duszę - tego mógłbym nie przeżyć.

Udaliśmymy się z Drzoanną, Arachną, Inte i Yagą do stolika. Rozmawialiśmy trochę, przy okazji gdzieś tam przewijał się Till [który po chwili się zmył]. Wszedem w interakcję społeczną z niejakim Adamem; gadalimy trochę o muzyce, a ja wypisałem mu na kartce rzeczy, które chciałem mu polecić. On zaś widząc, ile pozycji ma "lista Eleganta", błagał mnie o litość... bez skutku. Wypisywałem dalej, aż kartka się zapełniła. W pewnym momencie ktoś z naszej ekipy zauważył, że coś się dzieje pod sceną. Zespół wyszedł zza kulisów i zaczął rozdawać autografy. Poszedłem tam, ujrzałem Tilo wraz z grupką fanów, widziałem też Drzoannę wchodzącą za scenę i po chwili wyszedłem, by postarać się o plakat i zdobyć podpisy. Plakatu niet, wracam. Niezbyt uroczo się prezentujący gość z obsługi mnie wyprowadził. Kuźwa, o co idzie? Drzo, Yaga, Inte zostały w środku, zacząłem się martwić, odebrałem rzeczy. OK, bez Drzo się nie ruszę - kto mnie przenocuje? Wróciłem do Adama, a w międzyczasie obsługa [w której profesjonalizm zwątpiłem] przepędziła nas wszystkich z jednej sali do drugiej. Posiedziałem trochę, po pewnym czasie wróciła Drzo wraz z resztą ekipy. Dołączył basista, "nakręcony" na spróbowanie polskiego piwa. Fani zaczęli się z nim fotografować, a Adam dał mu moją listę i zapytał o rzeczy godne polecenia... Ot, będzie miał chłopak specyficzną pamiątkę :).

Co się okazało? Drzoanna zdała mi całą relację; opowiedziała, że dziewczyny weszły za kulisy, posiedziały i napiły się z Lacrimosą. Cieszy mnie, że przeżyły te wspaniałe chwile - mnie niestety tam nie było, gdyż poszedłem po plakat-którego-nie-było, wróciłem na próżno... Ech, fajnie by było pogadać z Tilo i Anne, zapytać np. o przesłanie poszczególnych części Fassade, o Beksińskiego [o którym zresztą tam rozmawiano], o wiele innych rzeczy... Kuźwa. Cóż, zdarza się - na następnym koncercie pewnie znowu nadarzy się okazja. Być może np. będę wtedy prowadzić audycję w Studenckim radiu ŻAK Politechniki Łódzkiej [mam ku temu zakusy :)] i łatwiej będzie mi jeździć na koncerty, bo czasem załatwi się jakąś akredytację albo co? Pożyjemy, zobaczymy.

A sam Tilo? Zauważyłem, że był bardzo skromnym i przyjaznym człowiekiem, podczas występu utrzymywał kontakt z miłośnikami, uśmiechał się. Wbrew temu, czego się spodziewałem, nie dostrzegłem "gwiazdorstwa", wyniosłości itp. - bardzo pozytywne zaskoczenie jak na muzyka światowej sławy, oby więcej takich ludzi! Warum Fassade? Gibt es nicht genugent Egoismus in der Welt?

Siedzieliśmy w barze do pierwszej, po czym zaczęliśmy się rozchodzić i wraz z Drzoanną pojechaliśmy taksówką do jej domu. Porozmawialiśmy trochę, zjedliśmy skromną acz smaczną kolację. Zaznajomiłem się z mieszkaniem, kolekcją książek, plakatami na ścianie, zdjęciami Tilo i Anne na meblach, amplitunerem Radmor 5102 - a przede wszystkim słynnym Lacrimosowym ołtarzykiem. Zmyłem makijaż i poszedłem spać.

Następnego dnia Drzoanna pokazała mi swoje muzyczne zbiory: bilety, zdjęcia... Opowiedziała o koncertach, spotkaniach z muzykami, nie zabrakło oczywiście rozmów o Beksińskim. Obfotografowałem sporo rzeczy, naprawiłem w domu kontakty. Po czym - ruszyłem w drogę. Nie zdążyłem na autokar o 17ej, więc pojechałem innym, o 19:40, i zawinąłem do Łodzi. Der neue Tag beginnt und meine Zeit verrinnt... I przesłuchuję całą dyskografię od początku do końca, zalewając się łzami.

Drzo - jesteś cudowna, oby jak najwięcej takich ludzi! Uwielbiam te szczere rozmowy, wzajemne zaufanie, otwartość i nieprzejmowanie się drobnostkami. Coś wspaniałego! Dziękuję jeszcze raz dziękuje za masę wzruszeń, za niekończącą się pozytywną energię - za wszystko!

A oto co obfotografowałem:

-bilet z 2001r.



-bilet z tegorocznego koncertu:



-zdjęcie Bratrstva Luny, z autgrafem:


Drzoanna, Anne i Tilo w 2001r:


Zdjęcia Tilo i Anne na meblach - lewe z okresu Einsamkeit, strasznie je lubię :).

Godło Lacrimosy, wykonane przez znajomą Drzoanny:


I wreszcie słynny ołtarzyk w wersji kolorowej...

...i czarno-białej.



Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy na deszczu. Warto dla nich żyć - pora więc je spisać, żeby jeszcze można było do nich wrócić, cieszyć się nimi...

czwartek, 30 lipca 2009

Relacja z Castle Party 2009

Jak co roku w Bolkowie odbyło się Castle Party, bla bla bla, o tym już wiecie.

Zacznę od początku; w czwartek o 9:45 miałem pociąg do Wrocławia. Gdy z ciężkim torbiszczem [no cóż, sprzęt potrzebny do przeżycia, inny sprzęt potrzebny do artystycznej samorealizacji, a także buty i ciuchy trochę ważą...] szedłem od autobusu na dworzec, spotkałem Maćka i Roksanę, a chwilę później - Ewelinę [Sister] i Krzysztofa [Sangwinowego]. Wsiedliśmy do pociągu, zainstalowaliśmy się wygodnie w jednym z przedziałów i mieliśmy spokój przez całą podróż. Nikt się nie doczepiał, a w pozostałych przedziałach było kilku innych mroczniaków. W czasie podróży szło nawet coś sfotografować:





Zajechaliśmy do Wrocławia około czternastej, spotkaliśmy się z Przemkiem z Warszawy i wsiedliśmy do autokaru do Bolkowa. Zero ścisku, były wolne miejsca [rok temu tak dobrze nie mieliśmy...], jedyne co wkurzało to upał. Zajechaliśmy na miejsce, poszliśmy instalować się na kwaterach, i co się okazało? Ano ja, jak to ja, coś przeoczyłem i podczas dowiadywania się o kwaterę przyjąłem założenie, że jest ona w domku jednorodzinnym i zapomniałem zapytać o numer mieszkania ani nazwisko. Tak więc trochę się naszukałem, ale w końcu znalazłem. Mieszkaliśmy z Przemkiem w dwójkę, a reszta ekipy wprowadziła się gdzie indziej. Mimo wysokich cen [50zł za nocleg] same plusy: gospodyni była przemiła, kwatera w świetnej lokalizacji bo przy rynku, wyposażenie było... Super. Jeżeli pojedziemy na przyszły rok, będziemy mieszkać tam, gdzie ja teraz.

Oczywiście porobiłem trochę zdjęć w kamienicy i podczas obchodu rozpoznawczego:






Wieczorem rozpętała się burza i wichura, w efekcie której połamała się scena na zamku, o namiotach przyjezdnych nie wspomnę, a całe miasteczko [później już tylko połowa, ale nie ta nasza, gdzie jest rynek, zamek, pola namiotowe i Hacjenda] nie miało prądu. Apokaliptyczne wizje... A ja pointegrowałem się trochę z innymi ludźmi z klimatu [których było jeszcze niewielu] i poszedłem na zamek, by zamienić karnet na opaskę.

Piątek przywitał nas okropnym upałem i słońcem. Umalowałem się i poszedłem do reszty ekipy, a po drodze słońce mnie przygrzało. W rezultacie musiałem wyskoczyć ze swoich skór i eleganckich ciuchów i wbić się w T-shirt oraz krótkie bojówki. Makijaż prawie popłynął z potem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że do kieszeni bojówek włożyłem 150zł i musiały mi one wypaść gdzieś w drodze na zamek... Jakoś przeżyłem, ale i tak mi trochę szkoda, zwłaszcza jeśli chcę w sierpniu pojechać na Lacrimosę. Teraz niestety trzeba zacisnąć pasa. Oj, byłoby za tę kasę parę albumów...

Na zamku kupiłem sobie dwa pierścienie i naszyjnik, a poza tym zrobiłem parę zdjęć na wieży. Dobrze, że się pospieszyłem, bo w sobotę wejście już było zagrodzone.







Po południu wreszcie ubrałem się jak chciałem, tzn: skórzane spodnie i kamizelka, czarna koszula, frak, kapelusz i trochę biżuterii, i ruszyłem po ekipę:






Spotkaliśmy się z MacFly, która szczęśliwie dojechała w piątek. Skoczyłem po coś do domu, po czym spotkałem się z załogą batcave.pl, wśród której była Marta - czyli Tofik:



Porozmawialiśmy trochę, napiliśmy się "dziwnych wymysłów" takich jak np. turbo-cola, nalewka śliwkowa czy jakiś biały galaretowaty DIY likier. Przy okazji z lokalnego szpitala psychiatrycznego uciekło kilku pacjentów i na rynku można było oglądać obławę:



Następnie poszliśmy na zamek, po drodze spotkałem ludzi z Altergothic: Pinheada, Bytheway i Vanessę. Nadszedł czas na koncerty, zaczynając od Irfan. Jest to bułgarska grupa niemalże kopiująca brzmienie Dead Can Dance, poznana przeze mnie podczas "Trzeciej Strony Księżyca". Zagrali przepięknie, wywołując u mnie podobny dreszczyk emocji co Lisa Gerrard i Brendan Perry.





Fani zaś - zasłuchani, i wcale im się nie dziwię:



Po Irfan zagrało Moon Far Away, rosyjski zespół również "siedzący w klimatach" folk, darkwave itp. Podobali mi się, owszem, ale już nie wzbudzali takich uczuć co ich poprzednicy.



Przy okazji poznałem Adalberta, Gekona i Dunkelheitsmanna.

Dalej wystąpił Aesthetic Meat Front, rytualny dark ambient/industrial. Formacja ściągnęła tłumy, tak że nie miałem jak wytrzymać na dziedzińcu i sobie poszedłem. "Odwalili" porządny, krwawy performance nieco kojarzący mi się z Hellraiserem.



Po AMF wystąpił polski duet Skinny Patrini, grający jakąś elektronikę. Na widowni dalej tłoczno, a że muzyka mnie nie zachęciła, to sobie poszedłem. Jako przedostatni wykonawcy w piątek, zagrała znana grupa Variete. Nie mieli jednak żadnego zimnofalowego utworu, tym niemniej ich brzmienie mi przypadło do gustu. Tłok się przerzedził, stałem na całym koncercie niedaleko sceny, a że padał deszcz i ja miałem dży parasol, to schronili się pod nim również Żaba z The Proof oraz Anka, żona Woodrafa. Zdjęć żadnych - kitowy obiektyw był już za ciemny, by cokolwiek ustrzelić. Na Psyche już nie zostałem, bo czułem, jak odpadały mi nogi. Chyba rzeczywiście jestem zombie ;).

Sobota była dobra pod względem pogodowym, jedynie przelotne deszcze nieco dawały się we znaki. Umalowałem się i wystroiłem dokładnie tak jak tego pragnąłem, a potem poszedłem z Przemkiem po resztę łódzkiej ekipy. Po drodze spotkałem Adalberta, który powiedział mi, że OZS przełożony był na czternastą. Gdy wróciłem, mieliśmy pod arkadami małe spotkanko z Gekonem, Iguaną, Cold, Adalbertem, Jacobsenem, Dunkelheitsmannem i chyba jeszcze kimś, kogo sobie nie przypomnę. Zeszliśmy na dół, zaczęliśmy się afiszować pod Mistrzem Yodą tak jak to było zaplanowane. Dołączyli inni spamerzy: Pinhead, Myszabella, Bytheway, Vanessa, Divine, bodajże też Iscaria. Odbył się OZS [ten tajemniczy skrót rozszyfrowujemy jako Ogólnopolski Zlot Spamerów], czyli: konwersacje, picie, fotografowanie się nawzajem, odbieranie koszulek.

Po chwili zebrała się łódzka ekipa i wreszcie ruszyliśmy na zamek. Nie dane mi było zobaczyć Sane [z tego co wiem to jakieś metaluchy, więc w sumie nie żałuję] ani Vic Anselmo [tu już pojawia się zaciekawienie: MacFly pisała, że odstawili kabareciarskie show, co mnie mogłoby się bardzo spodobać]. Dotarliśmy na Joy Disaster, względnie młodą francuską kapelę o orientacji gitarowo-postpunkowej. Nastawiałem się na ich występ, i się nie zawiodłem: zagrali z energią, "dokoptowana" wokalistka uroczo się poruszała na scenie, występ całkiem udany. Podobało mi się.



Gdy Francuzi zeszli ze sceny, zagrał polski zespół Indukti, poruszający się w klimatach mrocznego progresywnego rocka. Występ udany, a wrażenia spotęgowała pogoda - zaczęło padać. Publiczność zaś zadowolona, niezależnie od aury:




I wreszcie wyczekiwany przeze mnie występ włoskiego, deathrockowego zespołu Madre del Vizio. Poszedłem pod samą scenę z nadzieją na klaskanie, śpiewanie i bycie blisko swoich. Interesujące preludium: wokalista w białej masce [skojarzenia z Anną Varney są zasadne] wykrzykuje inkantacje, po czym wchodzi tajemnicza, okutana w srebrzystozielonkawe szaty postać i klęka z prawej strony sceny trzymając podłużny, biały przedmiot. I wreszcie wchodzi kapela. Zaczynają od "Dr Phibes", a ja czuję ciarki na plecach, czuję uwielbienie. Niestety, po pewnym czasie robi się nużąco. Niby dalej mi się podoba, ale zawsze jest to "ale"... Pewnie wszystko to sprawka nagłośnienia, które tego dnia brzmiało badziewnie.





Mimo niedogodności zadowolony, przeszedłem się po zamku. Pogadałem z dziewczyną, z którą rok wcześniej ostro nawaliłem się winem marki Sophia. Spotkałem też osóbkę, w której dnia poprzedniego praktycznie się zakochałem, czyli pewną mroczną drag queen:



po czym udałem się na występ Spectra*Paris, czyli efektu ubocznego kreatywnych działań wokalistki Kirlian Camera. O ile KC gra wg mnie bardzo fajnie i lubię ich czasem posłuchać, o tyle S*P to jakiś popowaty gniot. Jedyny plus to image wykonawczyń, ale i tak moim zdaniem ten występ to porażka.



Dreadful Shadows przywitali nas fajnym, rockowym graniem i zadowolili niemałą część publiczności. Świetny wokal i gitary... Występ mi się podobał.




Występu Fading Colours niestety nie widziałem, bo poszedłem z Beatą poznaną swego czasu w Dekompresji na imprezie promującej "Well-Known Pleasures" Deathcamp Project. Spotkaliśmy Studnię, Serka i parę innych osób, zaczęło się picie żołądkowej gorzkiej z sokiem miętowo-jabłkowym. Na CP trzeba się nawalić jak messerschmitt. Po alkoholizacji dowlokłem się na zamek i zobaczyłem występ Crematory - takiej niemieckiej kapeli spod znaku "gothic metal" [bardziej death]. Znam ich album "Awake" i nawet go lubię bo przywodzi mi na myśl miłe wspomnienia, ale ogólnie pod względem muzycznym zespół uważam za shit. Wykorzystałem okazję, aby growlować dla jaj, a następnie wróciłem do domu - myślałem już tylko o spaniu, choć nie rzygałem gdzie popadnie tak jak rok temu. O "obskoczeniu" Covenant mowy nie było.

W niedzielę udałem się na eksplorację lokalnej fabryczki - jak się później okazało, był to młyn i zakłady przemysłu skórzanego. Nie wchodziłem do środka, bo po miejscach gdzie brakuje podłóg lepiej poruszać się z załogą. Może za rok?





Poszedłem też tajemniczą ścieżką w górę, by zobaczyć jeden z fabrycznych budynków od tyłu. Nic z tego - dukt wiódł stromo pod górę, aż dotarłem do zamku.




Przy okazji spotkałem pewną pannę z Krakowa...



...i pewnego plastikowego pana w okolicach Areny. Wydał mi się tak kiczowaty, że aż uroczy:



Po wykonaniu przeze mnie elementarnego makijażu, grupa się zebrała i nie zważając na wszelki "element bydlący" ruszyła na zamek. Przywitały nasz dźwięki Head-Less, czyli jakiegoś niemieckiego, strasznie szajskiego umcy-umcy. No cóż, o lokalną społeczność dresiarską trzeba dbać. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo czas ten przeznaczyliśmy na dotarcie pod samą scenę, na której występować miał...

Jacquy Bitch, czyli deathrock/batcave z Francji.

Wg mnie [ale nie Rakowskiego], jedna z gwiazd całego festiwalu. Nie znałem ich wcześniej i nie spodziewałem się, że zagrają z takim wygarem i energią. Prawie wszystko było super: gitara, perkusja, wokal... Ekipa batkejwerów poszła w pogo, ja klaskałem, podskakiwałem [nie było to wygodne, jeśli ma się torbę i lustrzankę] i próbowałem śpiewać. I tylko jedna była rzecz, która mi przeszkadzała: czemu tak krótko występowali?







Ekipa z Łodzi trzymała się w najlepsze:







Po Żakujach wystąpił Solar Fake - projekt wokalisty Dreadful Shadows. Raczej mało interesujący pod względem brzmieniowym, chociaż awersji bynajmniej nie wzbudzali.



Dlatego też wolałem się trochę pokręcić po zamku, przy okazji znajdując ludzi w interesującej, steampunkowej stylizacji:



Na scenie zagościł NOT. Biorąc pod uwagę ich mierny występ w łódzkiej Wytwórni w lutym, spokojnie ich sobie odpuściłem.

Po szajsie czas na miód: Deathcamp Project, jedna z moich ukochanych grup tegorocznego festiwalu - a zatem przebywanie pod samą sceną na występie to konieczność. Nie obyło się bez problemów z nagłośnieniem, ale na szczęście wszystko udało się rozwiązać i wyczekiwany przeze mnie duet zagrał bardzo porządnego gotyckiego rocka. Jako że trochę utworów znałem, to klaskałem, ryczałem, machałem łepetyną ile się dało, a potem wziąłem udział w zmuszaniu chłopaków do bisu. W efekcie spociłem się, miałem zdarte gardło i częściowo ogłuchłem. Było świetnie!





Po Deathcampach wystąpiła pewna polska kapela, znana zwłaszcza w kręgach osób aspirujących do bycia przedstawiciel(k)ami kultury gotyckiej, a nie posiadających jeszcze zbyt szerokiej wiedzy i osłuchania [tjaaa, odezwał się tró wszechwiedzący ;P]. Ewakuacja z zamku wskazana. Polazłem do Basztowej, by uraczyć się przepysznymi naleśnikami z serem za niewygórowaną kwotę sześciu złotych, po czym wróciłem na zamek. Artroskisł jeszcze grał, bleee. Uważam, że te 50 minut można by było rozdysponować między Jacquy Bitch i Diary of Dreams. Przy okazji sprawiłem sobie "Well-Known Pleasures" [nadmienić, że rok temu kupiłem EPkę "Laxa(c)tive" :) i uciąłem krótką pogawędkę z Pinheadem.

Następnie KMFDM. Bardzo pozytywne wrażenie; wokalista odwalał totalne jaja na scenie przed występem i to mi się podobało. Gorzej z muzyką i oświetleniem: industrialny rock mi nie odpowiada, napierdzielanka przy stroboskopach wygoniła mnie na górny dziedziniec. Posiedziałem na ławeczce z Gekonem, aby później wrócić na dolny dziedziniec w celu obejrzenia nr1 całego festiwalu, czyli...

DIARY OF DREAMS.

Udałem się pod scenę, w pobliżu miałem Dunkelheitsmanna i Ankę Woodrafową. Łódzka ekipa zginęła gdzieś w tłumie z tyłu, nie informując gdzie... Pewnie byli tam, gdzie staliśmy na Lakaienach rok temu, a ja przynajmniej widziałem estradę. Rozstawianie i próby wyglądały niepozornie. Niezbyt elegancko wyglądający ludzie testowali instrumenty i mikrofony, więc w myślach pytałem się siebie: "czy tak wygląda Adrian Hates?". Ale po chwili wszystko się odmieniło. Długowłosy blondyn w uniformie [oj, Drzoanna by wnet była w siódmym niebie] wyszedł, gitarzysta z irokezem również.Pierwsze, tak dobrze mi znane dźwięki - zaczęli od "The Wedding". Orgazm wielokrotny, tak jak się tego spodziewałem. Reszta przeważnie z (if), z wyjątkiem Chemicals, Menschfeind, Giftraum i jeszcze czegoś. Po czym... zeszli. Wrócili. Zabisowali. Coś fantastycznego! Nie muszę chyba nadmieniać, że od krzyczenia zdarło mi się gardło i przez dwa następne dni miałem ograniczone możliwości manewrowania głosem.







A ja, olewając Front242, udałem się do domu, by wypić kawę i odwalić się na trupa [tzn: dwie warstwy białego podkładu, szwy robione eyelinerem, usta na czarno - tak pójdę również na Zombie Walk], a potem ruszyć na JEDYNĄ bolkowską imprezę z gotycką muzyką. Spotkałem pozostałych z łódzkiej deathrockowej ekipy, wlazłem do Hacjendy, obejrzałem dekoracje jakie przyszykowała ekipa z bat-cave.pl i posiedziałem chwilę z Pinheadem oraz Salai. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Sister z Sangwinowym chcieli się ewakuować autokarem o 9:09 do Łodzi. Chciałem zabrać się z nimi, więc zawinąłem się z Hacjendy natrafiając na jakieś lokalne bydło robiące trzodę. Przed pójściem do łóżka spakowałem się i wskoczyłem pod prysznic.

W poniedziałek zaś mieliśmy małe kłopoty z zabraniem się z Bolkowa. Autokar do Łodzi miał 10 wolnych miejsc, podczas gdy chętych było ok. 30-stu. Tak więc MacFly dostała się do środka, Sister i Sangwinowy pojechali którymś z autokarów do Wrocławia i wsiedli w pociąg o 13:30, a ja poczekałem na Roksanę i Maćka. Wsiedliśmy w autokar około 13ej i zajechaliśmy dwie godziny później, następnie poczekaliśmy kolejne dwie godziny na pociąg do Łodzi. W międzyczasie porobiłem trochę zdjęć dworca, gdyż miejsce zdecydowanie jest tego warte - rok temu nie mogłem wyjść z zachwytu nad nim!






...a gdy pociąg jechał, sfotografowałem trochę wrocławskich fabryk i tory. Najbardziej przypadła mi do gustu ostatnia; podejrzewam, że to jakieś zakłady chemiczne czy coś takiego. Intryguje mnie ta dziwna instalacja; czy to aparatura destylacyjna?