wtorek, 3 marca 2009

Old Skull

W sobotę w warszawskim No Mercy odbyła się piąta rocznica Old Skull - cyklicznej imprezy, na której występują zespoły grające deathrock / batcave / punk / "staroświecki" gotycki rock. Wystąpiło parę bardzo znanych w klimatach kapel: Miguel and the Living Dead, The Last Days of Jesus, Ausgang i Skeletal Family. Tak więc przezwyciężyłem wszelkiego lenia, zebrałem odpowiednią ilość got(h)ówki i postanowiłem pojechać. Odbyło się z przygodami, ale bez większych problemów: w domu gotowałem obiad [omleta z brokułami] i zajęło mi to trochę czasu, więc po wykąpaniu się miałem mało czasu na ubranie się i wyruszyłem z krypty właściwie w ostatniej chwili. Gdy dojechałem tramwajem we względnie dogodne miejsce, z którego mogłem ruszyć na Dworzec Fabryczny, miałem 10 minut na dotarcie do pociągu. Bardzo dobrze, że w pobliżu znajdował się parking, na którym stała taksówka, której kierowca już prawie ruszał kiedy zastukałem mu do okna i poprosiłem o podwiezienie na dworzec. Uff, dojechałem. Biegiem do pociągu [na szczęście nawet na ośmiocentymetrowych obcasach przy odrobinie wprawy jest to możliwe :)], i gdybym spóźnił się o dwie minuty, zostałbym na lodzie. Uff, teraz trzeba tylko było znaleźć odpowiedni przedział. W jednym siedziała osóbka łudząco przypominająca MacFly, ale nie byłem tego pewien i przeszedłem cały pociąg wzdłuż i wszerz szukając Sister i Sangwinowego. Zadzwoniłem do nich - podobno też mieli problemy i wbiegli do pociągu w ostatniej chwili, jeszcze później niż ja. Ale wszyscy zebraliśmy się do kupy i ruszyliśmy. Nie było nawet problemów z pomalowaniem paznokci na czarno bez pomocy bezbarwnego lakieru w trzęsącym się pociągu. Po dojechaniu na miejscu wysiedliśmy. Jakieś dresy się wydzierały, daliśmy im przejść, a ja trochę zraziłem się do dworca [strasznie brzydki, kupa betonowych korytarzy wijących się w nieskończoność - nie to, co piękny Wrocław...] i przez pewien czas czułem się niepewnie. Poczekaliśmy, wypiliśmy po kawie z automatu [to akurat ciekawe: stały obok siebie dwa identyczne automaty, a w jednym z nich wszystko było droższe o 20gr :)] i ruszyliśmy do No Mercy. Przed wejściem spożytkowaliśmy resztki piwa, i na dobre nam to wyszło, bo ochrona robiła rewizję. Weszliśmy. NM to bardzo fajny, choć mały klubik- tylko odrobinę większy od Luki, ale za to o wiele ciekawszy pod względem architektonicznym [urządzony w XIX-wiecznej fabryce, trzy sale, schody tu i ówdzie]. Jedyna wada to to, że w kiblach jest ciemno [I jak tu się, kuźwa, umalować? Makijaż miałem niepełny: bez podkładu i pudru oraz cieni do powiek] oraz niskie przejście do małej salki z szatnią [jebnąłem się w łepetynę ;)]. Chwila minęła, zanim... The night of terror has begun!

Jako osoba dopiero zaczynająca jeżdżenie po Polsce na różne koncerty [zacieram rączki na The Sisters of Mercy!], wszystkie zespoły widziałem po raz pierwszy, a najbardziej nastawiłem się na Migueli. Nie wiem, czy dali z siebie wszystko co mogli - to jest w stanie ocenić tylko ktoś, kto dużo ich widział, a ja nawet na Castle Party 2007 nie byłem. Potem się niestety rozwiązali. Grali bodajże jeszcze raz, chyba w Wawie, ale miałem wtedy co innego do robienia i nie byłem w stanie się wyrwać. Ale tak czy owak, moje wrażenia z tego koncertu były bardzo pozytywne, zarówno pod względem imidżu [Slavik, Nerve!] jak i grania.







Następnie wystąpiła słowacka kapela The Last Days of Jesus:






a później - legendy batcave'u, czyli Ausgang i Skeletal Family - stare, dobre, pancurskie granie:








Na sali było tyle ludzi, że pod sceną szło się udusić. Narobiłem trochę zdjęć [dzięki składam oświetleniowcom, bo wykonali kawał dobrej roboty - strasznie mi się te kolory podobają, i piszę to szczerze!], sporo wrzuciłem na dA.

Co do ludzi: przyszło parę osób, które kojarzę z reala [dwie dziewczyny, które były u nas na SDGE, a także "kochani" Eridu i Ragana] albo gothic.pl [Polgard]. Zastanawiałem się też, czy nie natknąłem się na dawną ukochaną. Nawiązałem kontakt z paroma osobami [och, jak to brzmi... ;)]. Niektórzy wyglądali bardzo fajnie: a to bardzo wysokie iro, a to łysa głowa umalowana na czaszkę, a to piękny gorset... Świetnie. Co do mnie: miałem marynarkę od smokingu, białą koszulę, wysokie kozaki na obcasach, skórzane spodnie i pas, a do tego ankh i czarne korale. Czyli za wyjątkiem białej koszuli ubrałem się tak, jak na co dzień.

Gdy było już po wszystkim, posiedzieliśmy sobie na dole i posłuchaliśmy, co puszczali na górze. Leciał Bauhaus, Siouxsie, parę innych bardziej i mniej znanych zespołów. W salce przy szatni - polska zimna fala. Żadnej elektro-napierdzielanki, zero Kombikrajstów czy innych Hocico. Prawdziwie gotycka impreza. Lubię electro-industrial, ale myślę, że trochę mało jest okazji by posłuchać "staroci", więc jeśli tylko coś takiego leci, to bardzo się cieszę.

A powrót? Obyło się bez żadnych problemów: pociąg o 6:25, w L.Stadt byliśmy koło ósmej. Nogi bolały [poduszki żelowe w butach się przesunęły], prawie padałem na ryjek, ale dotarłem do domu bez najmniejszych kłopotów.

1 komentarz:

  1. o,to No mercy jeszcze istnieje? [tu następuje zdziwienie,choc to w moim mieście...] myslalam, że go zamknięto... (jakoś coś tego typu pogłoski mnie doszły).
    a miejsce klimatyczne było/jest... fajne kameralne koncerty w oryginalnych wnętrzach...

    OdpowiedzUsuń