czwartek, 30 lipca 2009

Relacja z Castle Party 2009

Jak co roku w Bolkowie odbyło się Castle Party, bla bla bla, o tym już wiecie.

Zacznę od początku; w czwartek o 9:45 miałem pociąg do Wrocławia. Gdy z ciężkim torbiszczem [no cóż, sprzęt potrzebny do przeżycia, inny sprzęt potrzebny do artystycznej samorealizacji, a także buty i ciuchy trochę ważą...] szedłem od autobusu na dworzec, spotkałem Maćka i Roksanę, a chwilę później - Ewelinę [Sister] i Krzysztofa [Sangwinowego]. Wsiedliśmy do pociągu, zainstalowaliśmy się wygodnie w jednym z przedziałów i mieliśmy spokój przez całą podróż. Nikt się nie doczepiał, a w pozostałych przedziałach było kilku innych mroczniaków. W czasie podróży szło nawet coś sfotografować:





Zajechaliśmy do Wrocławia około czternastej, spotkaliśmy się z Przemkiem z Warszawy i wsiedliśmy do autokaru do Bolkowa. Zero ścisku, były wolne miejsca [rok temu tak dobrze nie mieliśmy...], jedyne co wkurzało to upał. Zajechaliśmy na miejsce, poszliśmy instalować się na kwaterach, i co się okazało? Ano ja, jak to ja, coś przeoczyłem i podczas dowiadywania się o kwaterę przyjąłem założenie, że jest ona w domku jednorodzinnym i zapomniałem zapytać o numer mieszkania ani nazwisko. Tak więc trochę się naszukałem, ale w końcu znalazłem. Mieszkaliśmy z Przemkiem w dwójkę, a reszta ekipy wprowadziła się gdzie indziej. Mimo wysokich cen [50zł za nocleg] same plusy: gospodyni była przemiła, kwatera w świetnej lokalizacji bo przy rynku, wyposażenie było... Super. Jeżeli pojedziemy na przyszły rok, będziemy mieszkać tam, gdzie ja teraz.

Oczywiście porobiłem trochę zdjęć w kamienicy i podczas obchodu rozpoznawczego:






Wieczorem rozpętała się burza i wichura, w efekcie której połamała się scena na zamku, o namiotach przyjezdnych nie wspomnę, a całe miasteczko [później już tylko połowa, ale nie ta nasza, gdzie jest rynek, zamek, pola namiotowe i Hacjenda] nie miało prądu. Apokaliptyczne wizje... A ja pointegrowałem się trochę z innymi ludźmi z klimatu [których było jeszcze niewielu] i poszedłem na zamek, by zamienić karnet na opaskę.

Piątek przywitał nas okropnym upałem i słońcem. Umalowałem się i poszedłem do reszty ekipy, a po drodze słońce mnie przygrzało. W rezultacie musiałem wyskoczyć ze swoich skór i eleganckich ciuchów i wbić się w T-shirt oraz krótkie bojówki. Makijaż prawie popłynął z potem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że do kieszeni bojówek włożyłem 150zł i musiały mi one wypaść gdzieś w drodze na zamek... Jakoś przeżyłem, ale i tak mi trochę szkoda, zwłaszcza jeśli chcę w sierpniu pojechać na Lacrimosę. Teraz niestety trzeba zacisnąć pasa. Oj, byłoby za tę kasę parę albumów...

Na zamku kupiłem sobie dwa pierścienie i naszyjnik, a poza tym zrobiłem parę zdjęć na wieży. Dobrze, że się pospieszyłem, bo w sobotę wejście już było zagrodzone.







Po południu wreszcie ubrałem się jak chciałem, tzn: skórzane spodnie i kamizelka, czarna koszula, frak, kapelusz i trochę biżuterii, i ruszyłem po ekipę:






Spotkaliśmy się z MacFly, która szczęśliwie dojechała w piątek. Skoczyłem po coś do domu, po czym spotkałem się z załogą batcave.pl, wśród której była Marta - czyli Tofik:



Porozmawialiśmy trochę, napiliśmy się "dziwnych wymysłów" takich jak np. turbo-cola, nalewka śliwkowa czy jakiś biały galaretowaty DIY likier. Przy okazji z lokalnego szpitala psychiatrycznego uciekło kilku pacjentów i na rynku można było oglądać obławę:



Następnie poszliśmy na zamek, po drodze spotkałem ludzi z Altergothic: Pinheada, Bytheway i Vanessę. Nadszedł czas na koncerty, zaczynając od Irfan. Jest to bułgarska grupa niemalże kopiująca brzmienie Dead Can Dance, poznana przeze mnie podczas "Trzeciej Strony Księżyca". Zagrali przepięknie, wywołując u mnie podobny dreszczyk emocji co Lisa Gerrard i Brendan Perry.





Fani zaś - zasłuchani, i wcale im się nie dziwię:



Po Irfan zagrało Moon Far Away, rosyjski zespół również "siedzący w klimatach" folk, darkwave itp. Podobali mi się, owszem, ale już nie wzbudzali takich uczuć co ich poprzednicy.



Przy okazji poznałem Adalberta, Gekona i Dunkelheitsmanna.

Dalej wystąpił Aesthetic Meat Front, rytualny dark ambient/industrial. Formacja ściągnęła tłumy, tak że nie miałem jak wytrzymać na dziedzińcu i sobie poszedłem. "Odwalili" porządny, krwawy performance nieco kojarzący mi się z Hellraiserem.



Po AMF wystąpił polski duet Skinny Patrini, grający jakąś elektronikę. Na widowni dalej tłoczno, a że muzyka mnie nie zachęciła, to sobie poszedłem. Jako przedostatni wykonawcy w piątek, zagrała znana grupa Variete. Nie mieli jednak żadnego zimnofalowego utworu, tym niemniej ich brzmienie mi przypadło do gustu. Tłok się przerzedził, stałem na całym koncercie niedaleko sceny, a że padał deszcz i ja miałem dży parasol, to schronili się pod nim również Żaba z The Proof oraz Anka, żona Woodrafa. Zdjęć żadnych - kitowy obiektyw był już za ciemny, by cokolwiek ustrzelić. Na Psyche już nie zostałem, bo czułem, jak odpadały mi nogi. Chyba rzeczywiście jestem zombie ;).

Sobota była dobra pod względem pogodowym, jedynie przelotne deszcze nieco dawały się we znaki. Umalowałem się i wystroiłem dokładnie tak jak tego pragnąłem, a potem poszedłem z Przemkiem po resztę łódzkiej ekipy. Po drodze spotkałem Adalberta, który powiedział mi, że OZS przełożony był na czternastą. Gdy wróciłem, mieliśmy pod arkadami małe spotkanko z Gekonem, Iguaną, Cold, Adalbertem, Jacobsenem, Dunkelheitsmannem i chyba jeszcze kimś, kogo sobie nie przypomnę. Zeszliśmy na dół, zaczęliśmy się afiszować pod Mistrzem Yodą tak jak to było zaplanowane. Dołączyli inni spamerzy: Pinhead, Myszabella, Bytheway, Vanessa, Divine, bodajże też Iscaria. Odbył się OZS [ten tajemniczy skrót rozszyfrowujemy jako Ogólnopolski Zlot Spamerów], czyli: konwersacje, picie, fotografowanie się nawzajem, odbieranie koszulek.

Po chwili zebrała się łódzka ekipa i wreszcie ruszyliśmy na zamek. Nie dane mi było zobaczyć Sane [z tego co wiem to jakieś metaluchy, więc w sumie nie żałuję] ani Vic Anselmo [tu już pojawia się zaciekawienie: MacFly pisała, że odstawili kabareciarskie show, co mnie mogłoby się bardzo spodobać]. Dotarliśmy na Joy Disaster, względnie młodą francuską kapelę o orientacji gitarowo-postpunkowej. Nastawiałem się na ich występ, i się nie zawiodłem: zagrali z energią, "dokoptowana" wokalistka uroczo się poruszała na scenie, występ całkiem udany. Podobało mi się.



Gdy Francuzi zeszli ze sceny, zagrał polski zespół Indukti, poruszający się w klimatach mrocznego progresywnego rocka. Występ udany, a wrażenia spotęgowała pogoda - zaczęło padać. Publiczność zaś zadowolona, niezależnie od aury:




I wreszcie wyczekiwany przeze mnie występ włoskiego, deathrockowego zespołu Madre del Vizio. Poszedłem pod samą scenę z nadzieją na klaskanie, śpiewanie i bycie blisko swoich. Interesujące preludium: wokalista w białej masce [skojarzenia z Anną Varney są zasadne] wykrzykuje inkantacje, po czym wchodzi tajemnicza, okutana w srebrzystozielonkawe szaty postać i klęka z prawej strony sceny trzymając podłużny, biały przedmiot. I wreszcie wchodzi kapela. Zaczynają od "Dr Phibes", a ja czuję ciarki na plecach, czuję uwielbienie. Niestety, po pewnym czasie robi się nużąco. Niby dalej mi się podoba, ale zawsze jest to "ale"... Pewnie wszystko to sprawka nagłośnienia, które tego dnia brzmiało badziewnie.





Mimo niedogodności zadowolony, przeszedłem się po zamku. Pogadałem z dziewczyną, z którą rok wcześniej ostro nawaliłem się winem marki Sophia. Spotkałem też osóbkę, w której dnia poprzedniego praktycznie się zakochałem, czyli pewną mroczną drag queen:



po czym udałem się na występ Spectra*Paris, czyli efektu ubocznego kreatywnych działań wokalistki Kirlian Camera. O ile KC gra wg mnie bardzo fajnie i lubię ich czasem posłuchać, o tyle S*P to jakiś popowaty gniot. Jedyny plus to image wykonawczyń, ale i tak moim zdaniem ten występ to porażka.



Dreadful Shadows przywitali nas fajnym, rockowym graniem i zadowolili niemałą część publiczności. Świetny wokal i gitary... Występ mi się podobał.




Występu Fading Colours niestety nie widziałem, bo poszedłem z Beatą poznaną swego czasu w Dekompresji na imprezie promującej "Well-Known Pleasures" Deathcamp Project. Spotkaliśmy Studnię, Serka i parę innych osób, zaczęło się picie żołądkowej gorzkiej z sokiem miętowo-jabłkowym. Na CP trzeba się nawalić jak messerschmitt. Po alkoholizacji dowlokłem się na zamek i zobaczyłem występ Crematory - takiej niemieckiej kapeli spod znaku "gothic metal" [bardziej death]. Znam ich album "Awake" i nawet go lubię bo przywodzi mi na myśl miłe wspomnienia, ale ogólnie pod względem muzycznym zespół uważam za shit. Wykorzystałem okazję, aby growlować dla jaj, a następnie wróciłem do domu - myślałem już tylko o spaniu, choć nie rzygałem gdzie popadnie tak jak rok temu. O "obskoczeniu" Covenant mowy nie było.

W niedzielę udałem się na eksplorację lokalnej fabryczki - jak się później okazało, był to młyn i zakłady przemysłu skórzanego. Nie wchodziłem do środka, bo po miejscach gdzie brakuje podłóg lepiej poruszać się z załogą. Może za rok?





Poszedłem też tajemniczą ścieżką w górę, by zobaczyć jeden z fabrycznych budynków od tyłu. Nic z tego - dukt wiódł stromo pod górę, aż dotarłem do zamku.




Przy okazji spotkałem pewną pannę z Krakowa...



...i pewnego plastikowego pana w okolicach Areny. Wydał mi się tak kiczowaty, że aż uroczy:



Po wykonaniu przeze mnie elementarnego makijażu, grupa się zebrała i nie zważając na wszelki "element bydlący" ruszyła na zamek. Przywitały nasz dźwięki Head-Less, czyli jakiegoś niemieckiego, strasznie szajskiego umcy-umcy. No cóż, o lokalną społeczność dresiarską trzeba dbać. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo czas ten przeznaczyliśmy na dotarcie pod samą scenę, na której występować miał...

Jacquy Bitch, czyli deathrock/batcave z Francji.

Wg mnie [ale nie Rakowskiego], jedna z gwiazd całego festiwalu. Nie znałem ich wcześniej i nie spodziewałem się, że zagrają z takim wygarem i energią. Prawie wszystko było super: gitara, perkusja, wokal... Ekipa batkejwerów poszła w pogo, ja klaskałem, podskakiwałem [nie było to wygodne, jeśli ma się torbę i lustrzankę] i próbowałem śpiewać. I tylko jedna była rzecz, która mi przeszkadzała: czemu tak krótko występowali?







Ekipa z Łodzi trzymała się w najlepsze:







Po Żakujach wystąpił Solar Fake - projekt wokalisty Dreadful Shadows. Raczej mało interesujący pod względem brzmieniowym, chociaż awersji bynajmniej nie wzbudzali.



Dlatego też wolałem się trochę pokręcić po zamku, przy okazji znajdując ludzi w interesującej, steampunkowej stylizacji:



Na scenie zagościł NOT. Biorąc pod uwagę ich mierny występ w łódzkiej Wytwórni w lutym, spokojnie ich sobie odpuściłem.

Po szajsie czas na miód: Deathcamp Project, jedna z moich ukochanych grup tegorocznego festiwalu - a zatem przebywanie pod samą sceną na występie to konieczność. Nie obyło się bez problemów z nagłośnieniem, ale na szczęście wszystko udało się rozwiązać i wyczekiwany przeze mnie duet zagrał bardzo porządnego gotyckiego rocka. Jako że trochę utworów znałem, to klaskałem, ryczałem, machałem łepetyną ile się dało, a potem wziąłem udział w zmuszaniu chłopaków do bisu. W efekcie spociłem się, miałem zdarte gardło i częściowo ogłuchłem. Było świetnie!





Po Deathcampach wystąpiła pewna polska kapela, znana zwłaszcza w kręgach osób aspirujących do bycia przedstawiciel(k)ami kultury gotyckiej, a nie posiadających jeszcze zbyt szerokiej wiedzy i osłuchania [tjaaa, odezwał się tró wszechwiedzący ;P]. Ewakuacja z zamku wskazana. Polazłem do Basztowej, by uraczyć się przepysznymi naleśnikami z serem za niewygórowaną kwotę sześciu złotych, po czym wróciłem na zamek. Artroskisł jeszcze grał, bleee. Uważam, że te 50 minut można by było rozdysponować między Jacquy Bitch i Diary of Dreams. Przy okazji sprawiłem sobie "Well-Known Pleasures" [nadmienić, że rok temu kupiłem EPkę "Laxa(c)tive" :) i uciąłem krótką pogawędkę z Pinheadem.

Następnie KMFDM. Bardzo pozytywne wrażenie; wokalista odwalał totalne jaja na scenie przed występem i to mi się podobało. Gorzej z muzyką i oświetleniem: industrialny rock mi nie odpowiada, napierdzielanka przy stroboskopach wygoniła mnie na górny dziedziniec. Posiedziałem na ławeczce z Gekonem, aby później wrócić na dolny dziedziniec w celu obejrzenia nr1 całego festiwalu, czyli...

DIARY OF DREAMS.

Udałem się pod scenę, w pobliżu miałem Dunkelheitsmanna i Ankę Woodrafową. Łódzka ekipa zginęła gdzieś w tłumie z tyłu, nie informując gdzie... Pewnie byli tam, gdzie staliśmy na Lakaienach rok temu, a ja przynajmniej widziałem estradę. Rozstawianie i próby wyglądały niepozornie. Niezbyt elegancko wyglądający ludzie testowali instrumenty i mikrofony, więc w myślach pytałem się siebie: "czy tak wygląda Adrian Hates?". Ale po chwili wszystko się odmieniło. Długowłosy blondyn w uniformie [oj, Drzoanna by wnet była w siódmym niebie] wyszedł, gitarzysta z irokezem również.Pierwsze, tak dobrze mi znane dźwięki - zaczęli od "The Wedding". Orgazm wielokrotny, tak jak się tego spodziewałem. Reszta przeważnie z (if), z wyjątkiem Chemicals, Menschfeind, Giftraum i jeszcze czegoś. Po czym... zeszli. Wrócili. Zabisowali. Coś fantastycznego! Nie muszę chyba nadmieniać, że od krzyczenia zdarło mi się gardło i przez dwa następne dni miałem ograniczone możliwości manewrowania głosem.







A ja, olewając Front242, udałem się do domu, by wypić kawę i odwalić się na trupa [tzn: dwie warstwy białego podkładu, szwy robione eyelinerem, usta na czarno - tak pójdę również na Zombie Walk], a potem ruszyć na JEDYNĄ bolkowską imprezę z gotycką muzyką. Spotkałem pozostałych z łódzkiej deathrockowej ekipy, wlazłem do Hacjendy, obejrzałem dekoracje jakie przyszykowała ekipa z bat-cave.pl i posiedziałem chwilę z Pinheadem oraz Salai. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Sister z Sangwinowym chcieli się ewakuować autokarem o 9:09 do Łodzi. Chciałem zabrać się z nimi, więc zawinąłem się z Hacjendy natrafiając na jakieś lokalne bydło robiące trzodę. Przed pójściem do łóżka spakowałem się i wskoczyłem pod prysznic.

W poniedziałek zaś mieliśmy małe kłopoty z zabraniem się z Bolkowa. Autokar do Łodzi miał 10 wolnych miejsc, podczas gdy chętych było ok. 30-stu. Tak więc MacFly dostała się do środka, Sister i Sangwinowy pojechali którymś z autokarów do Wrocławia i wsiedli w pociąg o 13:30, a ja poczekałem na Roksanę i Maćka. Wsiedliśmy w autokar około 13ej i zajechaliśmy dwie godziny później, następnie poczekaliśmy kolejne dwie godziny na pociąg do Łodzi. W międzyczasie porobiłem trochę zdjęć dworca, gdyż miejsce zdecydowanie jest tego warte - rok temu nie mogłem wyjść z zachwytu nad nim!






...a gdy pociąg jechał, sfotografowałem trochę wrocławskich fabryk i tory. Najbardziej przypadła mi do gustu ostatnia; podejrzewam, że to jakieś zakłady chemiczne czy coś takiego. Intryguje mnie ta dziwna instalacja; czy to aparatura destylacyjna?





4 komentarze:

  1. po Diary... był nie Covenant tylko Front 242 :P

    ładne sprawozdanie. ciekawe, czym CP zaskoczy za rok.

    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za uwagę, rzeczywiście Fronty - poprawiłem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe sprawozdanie, zdjęcia jeszcze lepsze. Masz fotograficzny talent, btw pozdrawiam, bo wymieniliśmy parę zdań na CP i nawet dysponuję zdjęciami z Panem, ha! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. ej - a ja znam tę Panią z Krakowa !!!! :)
    a foty bardzo bardzo udane.... no i kolejna opowieść z cyklu "będę żałować - że mnie tam nie było"....
    pozdrowienia cieplutkie - Drzo.

    OdpowiedzUsuń