wtorek, 1 września 2009

Lacrimosa, Kraków, klub Studio 28.08.2009

Jeden z najwspanialszych koncertów mojego życia odbył się 28 sierpnia w krakowskim klubie Studio. Był to jeden z dwóch występów Lacrimosy w Polsce [drugi - 1.09 w warszawskiej Progresji], w ramach trasy koncertowej promującej album Sehnsucht.

Samą grupę poznałem w lutym albo marcu 2007 roku, zaczynając na Elodii. Album ten mi się niesamowicie spodobał, zakochałem się w nim od pierwszych taktów Następnie nadarzyła się okazja, by poznać Stille [nabyta w lumpeksie kaseta "przegrywka" od jakiegoś zagranicznego entuzjasty, który nawet narysował Jestera na grzbiecie], potem zaś - Angst, Einsamkeit, Saturę i Fassade. Byłem wkręcony na całego, a gdy moja wtedy ukochana opowiedziała mi o koncercie w Bydgoszczy w 2005 roku, zdecydowałem, że przy pierwszej nadarzającej się okazji [która nastąpiła teraz] zobaczę Anne Nurmi i Tilo Wolffa na żywo. W międzyczasie znajomy ze studiów zaznajomił mnie z Inferno, Echos, Lichtjahre i Lichtgestalt.

Problemów finansowych raczej nie miałem [acz gdyby nie dwa zlecenia, z wyjazdu nici], więc byłem w stanie udać się na koncert. Najpierw sprawy organizacyjne: jak tam dojechać, gdzie spać itepe itede. Na szczęście obyło się bez problemów, wszystko udało mi się zorganizować w najlepszy możliwy sposób. Pojechałem pociągiem i na miejscu byłem około osiemnastej. W okolicach dworca spotkałem Arachnę, postanowiliśmy zamówić taksówkę i za symboliczne 7 złotych od osoby byliśmy pod klubem Studio na kampusie AGH. Spotkaliśmy Drzoannę, Yagę, Tilla, Inte... Kontrola biletów, wszedłem. Okazało się, że miałem za dobry aparat [nie wiem, kto mądry uznaje teraz siedmioletniego, 6-megapikselowego Canona 10D z manualnymi obiektywami za sprzęt profesjonalny] i, zgodnie z moimi obawami, trzeba było zostawić go w depozycie. No dobra, trzy złote za taką przyjemność to żadna kwota - przy okazji przepakowałem parę rzeczy do torby podróżnej i wziąłem z niej kosmetyczkę, niestety zapomniałem o kapeluszu. Udałem się do toalety zrobić makijaż. Krytykowałem dyskryminację ze względu na płeć, której przejawem był fakt, że lustra były tylko w "damskiej" łazience. Tam też poszedłem się upiększać. Pogadaliśmy chwilę z Drzoanną i obiecałem ją ratować w razie pogorszenia samopoczucia [oboje mieliśmy nienajlepszy stan zdrowia- jej dolegały jelita i sytuacja była dość poważna, a ja byłem przeziębiony i ciągle się smarkałem :)]. Przewinął się Till i kilka innych osób, w tym paru zastanawiających się nad tym, czy łazienka jest XX czy XY :).

Szybki makijaż wykonany, wio na górę. Poszedłem pod scenę, przy okazji spotykając Erzulię, i dołączyłem do swoich. W klubie było kilkaset osób, zaduch jak skurczybyk - myślałem, że tam umrę. Czekamy. Na zegarze dziewiętnasta trzydześci, rozbrzmiewa "Intro" z Inferno, gromkie brawa. Pośrodku sceny - plazmowy telewzor. Zerwanie kurtyny, wchodzi Lacrimosa w niepełnym składzie, bez Dwojga Najważniejszych. Za pierwszym razem myślałem, że gitarzysta solowy to Tilo Wolff, tyle że bez skunksa - naprawdę tak mi się zdawało! Zaczyna się "Die Sehnsucht in mir" z nowego albumu. Słychać dobrze znany głos, tyle, że "Tilo" ;) nawet nie porusza ustami; Drzoanna zwróciła moją uwagę na telewizor. Twarz prawdziwego Tilo na ekranie - czyżby nie było Go wśród nas? Zachorował? Co się do cholery stało?

Po chwili oboje wchodzą na scenę, witani owacjami, i zaczynają śpiewać. Nie wyznawałem się na Sehnsucht, więc nowe utwory były mi obce, śpiewałem [jak to mam w zwyczaju na koncertach] tylko urywki tekstów. Na szczęście jako następny utwór zagrali "Alleine zu zweit", a więc coś doskonale mi znanego. Drżałem z zachwytu, śpiewałem - po prostu gdybym miał na tym koncercie umrzeć, odchodziłbym w poczuciu szczęścia. Pomyślałem, że gdy poleci "Halt mich", naprawdę tak się stanie. "Durch nacht und Flut", "Schakal", "A Prayer for Your Heart", "Mandira Nabula" [który rozpoznałem podczas refrenu :)], dobrze znane i taneczne "Alles Luge", "Der Morgen Danach"... A następnie - "I Lost my Star", też rozpoznałem; jednak moja znajomość Tęsknoty nie była taka kiepska... "Lichtgestat", i wreszcie "Halt mich". Utwór, który podczas każdego przesłuchania Elodii wynosił mnie w same niebiosa. Tak było również na koncercie; doznawałem czegoś cudownego, czegoś bardzo mistycznego, a że tekst znałem doskonale, nie było mowy o nieśpiewaniu. Potem "Der tote Winkel" - w którego albumowej wersji podobało mi się przede wszystkim to, że Anne śpiewała bardzo lekko i eterycznie. Tak też było na tym koncercie. Nagłośnienie spisywało się bez zastrzeżeń, wszystko grało jak należy, nic nie ginęło, prawie zupełnie brakowało przesterów... Świetnie, akustycy się postarali i należy ich docenić, podobnie jak oświetleniowców - ci również odwalili kawał dobrej roboty. Po "Martwym Rogu" Anne zamieniła się na miejsca z Tilo i usłyszeliśmy "Not Every pain Hurts", następnie powrót do stanu poprzedniego, "Copycat" i "Stolzes Herz". Zespół schodzi, gromkie brawa i zagrzewanie do bisu. Wrócą? Nie wrócą? Światła na estradzie świecą, "górne" wyłączone, dymiara puszcza opary na scenę - może koncert się nie zakończy? Przychodzi techniczny solisty, stroi gitarę. Lacrimosa ku ogólnej radości wraca, tyle, że Tilo dzierży w swych dłoniach... trąbkę. Zastanawiałem się: po co mu ona? Rozbrzmiewa "Call Me With the Voice of Love", gdzie Tilo gra partie dęte. Hej, naprawdę o tym nie wiedziałem! Było super. Jako następny utwór poszło "Komet", następnie "Ich verasshe heut' dein Herz". Znowu utwór z Elodii, znowu uczucie wyniesienia w niebiosa, znowu śpiewanie. Znowu powstrzymywanie się od płaczu w trosce o nierozmazanie sobie kredki do oczu ;). Chwilo , trwaj!!! ...i skończyło się. Zeszli ze sceny i zanosiło się, że nie wrócą. Kilka minut braw i zagrzewania do bisu. Uff, udało się. Wrócili i, jako ostatni utwór, zagrali "Feuer" - również z nowego albumu. Więcej bisów nie było bo i nie miało być [wiem, widziałem oryginalną tracklistę :)] - koniec występu... Całość trwała dwie i pół godziny i skończya się około dwudziestej drugiej, a jedyne, czego troszkę żałuję jeśli chodzi o muzykę, to brak utworów z pierwszych trzech albumów. Takie "Der letzte Hilfesschrei" czy "Bresso" należą do moich ulubionych; rozdzierają moją duszę - tego mógłbym nie przeżyć.

Udaliśmymy się z Drzoanną, Arachną, Inte i Yagą do stolika. Rozmawialiśmy trochę, przy okazji gdzieś tam przewijał się Till [który po chwili się zmył]. Wszedem w interakcję społeczną z niejakim Adamem; gadalimy trochę o muzyce, a ja wypisałem mu na kartce rzeczy, które chciałem mu polecić. On zaś widząc, ile pozycji ma "lista Eleganta", błagał mnie o litość... bez skutku. Wypisywałem dalej, aż kartka się zapełniła. W pewnym momencie ktoś z naszej ekipy zauważył, że coś się dzieje pod sceną. Zespół wyszedł zza kulisów i zaczął rozdawać autografy. Poszedłem tam, ujrzałem Tilo wraz z grupką fanów, widziałem też Drzoannę wchodzącą za scenę i po chwili wyszedłem, by postarać się o plakat i zdobyć podpisy. Plakatu niet, wracam. Niezbyt uroczo się prezentujący gość z obsługi mnie wyprowadził. Kuźwa, o co idzie? Drzo, Yaga, Inte zostały w środku, zacząłem się martwić, odebrałem rzeczy. OK, bez Drzo się nie ruszę - kto mnie przenocuje? Wróciłem do Adama, a w międzyczasie obsługa [w której profesjonalizm zwątpiłem] przepędziła nas wszystkich z jednej sali do drugiej. Posiedziałem trochę, po pewnym czasie wróciła Drzo wraz z resztą ekipy. Dołączył basista, "nakręcony" na spróbowanie polskiego piwa. Fani zaczęli się z nim fotografować, a Adam dał mu moją listę i zapytał o rzeczy godne polecenia... Ot, będzie miał chłopak specyficzną pamiątkę :).

Co się okazało? Drzoanna zdała mi całą relację; opowiedziała, że dziewczyny weszły za kulisy, posiedziały i napiły się z Lacrimosą. Cieszy mnie, że przeżyły te wspaniałe chwile - mnie niestety tam nie było, gdyż poszedłem po plakat-którego-nie-było, wróciłem na próżno... Ech, fajnie by było pogadać z Tilo i Anne, zapytać np. o przesłanie poszczególnych części Fassade, o Beksińskiego [o którym zresztą tam rozmawiano], o wiele innych rzeczy... Kuźwa. Cóż, zdarza się - na następnym koncercie pewnie znowu nadarzy się okazja. Być może np. będę wtedy prowadzić audycję w Studenckim radiu ŻAK Politechniki Łódzkiej [mam ku temu zakusy :)] i łatwiej będzie mi jeździć na koncerty, bo czasem załatwi się jakąś akredytację albo co? Pożyjemy, zobaczymy.

A sam Tilo? Zauważyłem, że był bardzo skromnym i przyjaznym człowiekiem, podczas występu utrzymywał kontakt z miłośnikami, uśmiechał się. Wbrew temu, czego się spodziewałem, nie dostrzegłem "gwiazdorstwa", wyniosłości itp. - bardzo pozytywne zaskoczenie jak na muzyka światowej sławy, oby więcej takich ludzi! Warum Fassade? Gibt es nicht genugent Egoismus in der Welt?

Siedzieliśmy w barze do pierwszej, po czym zaczęliśmy się rozchodzić i wraz z Drzoanną pojechaliśmy taksówką do jej domu. Porozmawialiśmy trochę, zjedliśmy skromną acz smaczną kolację. Zaznajomiłem się z mieszkaniem, kolekcją książek, plakatami na ścianie, zdjęciami Tilo i Anne na meblach, amplitunerem Radmor 5102 - a przede wszystkim słynnym Lacrimosowym ołtarzykiem. Zmyłem makijaż i poszedłem spać.

Następnego dnia Drzoanna pokazała mi swoje muzyczne zbiory: bilety, zdjęcia... Opowiedziała o koncertach, spotkaniach z muzykami, nie zabrakło oczywiście rozmów o Beksińskim. Obfotografowałem sporo rzeczy, naprawiłem w domu kontakty. Po czym - ruszyłem w drogę. Nie zdążyłem na autokar o 17ej, więc pojechałem innym, o 19:40, i zawinąłem do Łodzi. Der neue Tag beginnt und meine Zeit verrinnt... I przesłuchuję całą dyskografię od początku do końca, zalewając się łzami.

Drzo - jesteś cudowna, oby jak najwięcej takich ludzi! Uwielbiam te szczere rozmowy, wzajemne zaufanie, otwartość i nieprzejmowanie się drobnostkami. Coś wspaniałego! Dziękuję jeszcze raz dziękuje za masę wzruszeń, za niekończącą się pozytywną energię - za wszystko!

A oto co obfotografowałem:

-bilet z 2001r.



-bilet z tegorocznego koncertu:



-zdjęcie Bratrstva Luny, z autgrafem:


Drzoanna, Anne i Tilo w 2001r:


Zdjęcia Tilo i Anne na meblach - lewe z okresu Einsamkeit, strasznie je lubię :).

Godło Lacrimosy, wykonane przez znajomą Drzoanny:


I wreszcie słynny ołtarzyk w wersji kolorowej...

...i czarno-białej.



Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy na deszczu. Warto dla nich żyć - pora więc je spisać, żeby jeszcze można było do nich wrócić, cieszyć się nimi...