piątek, 31 grudnia 2010

Remont kapitalny peceta

Jestem zaziębiony. Niestety nici z Masy Krytycznej [jechało 75 osób, czyli niemało]... z Sylwestra na mieście też. Chciałem się wystroić, sfotografować fajerwerki na mieście i zabalować w Fufu :).


Uszyłem sobie musznik ze skóry. Zacząłem we wrześniu lub październiku, rzuciłem robotę i wziąłem się za nią znowu dopiero teraz. Brakuje tylko rzepa, by toto zapiąć. Gdy będzie gotowy - pokażę.

A co najważniejsze... mojego peceta dopadł Ponury Żniwiarz Plików Systemowych, dzięki czemu po zawieszeniu i reboocie już nie chciał się uruchomić. Zrobiłem backup korzystając z pomocy kolegi, a potem - no cóż - grzebałem w necie za pomocą Firefoksa odpalonego na Mandriva LiveCD. Te słowa również piszę spod Linuksa. Muli niemiłosiernie, obsługa - niewygodna, zła rozdzielczość ekranu i w ogóle wszystko wygląda jakbym siedział na walizach. Od czasu do czasu wchodzę na Altergothic, forum CP, Masy Krytycznej, dA i skrzynki mailowe. Trzeba mieć jakiś kontakt z rzeczywistością, nie? ;) Jednak głównym zadaniem netu jest teraz dostarczanie mi informacji potrzebnych do ustawiania systemów, usuwania błędów itp. W końcu robię coś, czego nigdy nie robiłem [tak tak, to trochę jak mechanika rowerowa: trzeba poczytać na ten temat i praktykować; inaczej człowiek niczego się nie nauczy!]. Swoją drogą, w międzyczasie formatuje mi się dysk :).

Ogólna koncepcja komputera jest taka: pudło ma służyć do pracy [net, programy biurowe, ciemnia cyfrowa, modelowanie molekularne, pewnie jakiś CAD/CAM kiedyś...], puszczania muzyki, grania [a że lubię stare gry, to nie wszystko pójdzie pod XP], obsługi połączenia drugiego PC z internetem i ew. eksperymentów.

Systemy operacyjne: DOS [gł. dla starych gier, które są zbyt zasobożerne, by dało się przyjemnie katować pod DOSBoxem w WinXP], Win98 [z myślą o Falloutach :)], XP [wiadomo: główny system "na co dzień"] i Linux, najlepiej Gentoo jeśli uda się go zainstalować. Tak więc - czterech lokatorów w jednym domu.

Z tym wiąże się nieodłącznie problem partycjonowania dysku, kolejności instalacji i sposobu bootowania. Pierwszy problem, po namysłach, rozwiązałem tak:
2GB na DOS-a [a właściwie FreeDOS, dostępne na www.freedos.org], FAT16, podstawowa [P] aktywna. Tu jest bootsektor.
3GB na Win98, FAT32, P
50GB na WinXP, NTFS, P
100GB na archiwum, FAT32, dysk logiczny [L] na partycji rozszerzonej
75GB na fotografię, FAT32, L
250GB na MP3, FAT32, L
100GB na filmy, NTFS, L
100MB linux /boot/, ext3, L
5GB linux /, ext3, L
2GB linux swap, L
reszta - wychodzi prawie 10GB - linux /home/, ext3, L

Zobaczymy. Może ten setup okaże się dobry. Moje obawy wzbudza głównie to, czy /boot/ nie powinna być podstawowa, ale jako bootloadera zamierzam używać NTLDR na C: i to stamtąd wszystko będzie  można wybrać.

Kolejność instalacji: FreeDOS na C, Win98 na D, WinXP a potem Linuch.

Swoją drogą pamiętam, jak mój kolega z klasy w LO prowadził kółko linuksowe. Byłem na jednych czy dwóch zajęciach, ale jakoś nie zagrzałem miejsca... teraz wszystkiego uczę się sam, w razie czego korzystam z pomocy wujka Google :)

Oczywiście zawsze muszą pojawić się jakieś problemy i np. nie mogę przebić się przez instalatora Win98. Najpierw pokazywał mi, że Winda potrzebuje min, 16MB RAM-u [cóż, może wziął 2GB za 2MB? ;)] i uciszyłem go parametrem /nm. Potem droczył się o dysk. Nie lubi NTFS-u... oczywiście chciałem go instalować na "tłuściochu", a on swoje. Przy okazji wyszło, że pozakładałem wszystkie partycje poza C: jako dyski logiczne, więc odpaliłem FDISKa od FreeDOS-a i przepartycjonowałem.DOS nie chciał się zabootować, odpaliłem kompa pod Linuksem i wyszło, że tablica partycji była rozwalona i wszystko trzeba było rozdzielać na nowo. Teraz, jak wspomniałem, się formatuje :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Para rozebranych pedałów

Naszło mnie, by zrobić zdjęcie pary rozebranych pedałów. Tak z dedykacją dla sympatyków NOP, ONR, Młodzieży Wszechpolskiej, LPR i innych tego typu organizacyj.

środa, 22 grudnia 2010

Trochę propagandy

Transport rowerowy w miastach sprawdza się dużo lepiej niż samochodowy. Dlaczego?

-bezpieczny - bo jeśli już na kogoś/coś się wpadnie, można się wywrócić, posiniaczyć, połamać, ale prawie zawsze się przeżyje; to efekt uderzenia samochodu w coś jest dużo poważniejszy w skutkach. Argumenty typu "drogi są niebezpieczne" są formą protekcjonalnego traktowania, rzekomej obrony mniejszości przed większością wyposażoną w instrumenty przemocy
-wygodny - można praktycznie dowolnie wybrać trasę i dojechać wszędzie gdzie się chce, nie stoi się w korkach, odpadają kłopoty z szukaniem miejsca parkingowego, a zajmowana przestrzeń jest dużo mniejsza, przy odrobinie inwencji łatwo radzić sobie z przewozem zakupów/ładunku.
-tani - wydatki na sam rower, konserwację, naprawy, ulepszenia - dużo taniej niż zakup samochodu, paliwa, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy.
-egalitarny - jechać można bez względu na zawód i zarobki, wiek czy stan zdrowia [wbrew pozorom - np. osoby nie mogące pedałować nogami mogą jechać na rowerze napędzanym ręcznie].
-niezależny od światowej ekonomii - nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę producentów samochodów i koncernów paliwowych.
-przyjazny dla środowiska - małe zużycie energii na wyprodukowanie nowego i ponowne przetworzenie zużytego roweru, małe zużycie energii podczas samej jazdy z racji dużo mniejszej masy i siły potrzebnej do napędzenia siebie z pojazdem, przy czym część tej energii pochodzi z różnicy wysokości; zerowe zużycie paliwa, zerowe emisje spalin poza dwutlenkiem węgla wydzielanym przez jednostkę napędową typu HUMAN :)
-cichy - czego nie trzeba chyba udowadniać.
-zdrowy - spalanie jedzenia/nadmiarowego tłuszczu, a poza tym odpada stres związany ze staniem w korkach, utratą dużego mienia jeśli ktoś ukradnie auto.
-korzystny dla budowania wspólnoty - ludzie na rowerach się widzą, mogą ze sobą porozmawiać, uśmiechać się do siebie, nie są odizolowani od siebie i przyrody; poza tym, w związku z powyższym, są bardziej szczęśliwi :)
-dostarczający wrażeń - jadąc samochodem czy komunikacją miejską nie możemy zwolnić/zatrzymać się, popatrzeć na piękny budynek, zjawisko przyrody czy osobę, poczuć lokalny zapach [lubię jeździć koło zakładów cukierniczych! :)]; w KM czasem jesteśmy narażeni na niechciane zapachy, od których uwolnienie się wymagałoby zaprzestania podróży :D
-dający pole do popisu jeśli chodzi o twórczość - wygąd roweru czy swój własny łatwo zmienić przez dobór ubrania, akcesoriów [tak dla siebie jak i pojazdu], fantazyjne pomalowanie ramy, ukwiecenie itd., do tego częste zmiany są łatwe i tanie, i niewielkim kosztem można mieć jedyny w swoim rodzaju wehikuł. Poza tym przy odrobinie wprawy łatwo dobrać części i złożyć dokładnie taki rower, jakiego się chce.
-mało uciążliwy w razie awarii, tak dla siebie jak i innych - coś Ci się popsuło? możesz natychmiast zejść z drogi bez blokowania jej innym, naprawić welocyped samodzielnie lub zabrać go do lokalnego warsztatu; nauczenie się napraw [przynajmniej tyc najpowszechniejszych, np. przebita dętka, zerwany łańcuch, skrzywiona kierownica] i zasady działania każdego mechanizmu jest łatwe.

Gdyby na powszechną skalę przesiąść się na rowery [czyli, gdyby taka Łódź "skopenhagowaciała" - angielski termin: "copenhagenize"] i wykorzystywać samochód racjonalnie, tj. gdy trzeba dostać się gdzieś szybko, pojechać w dłuższą trasę, przewieść więcej osób lub jakiś towar - nawet automobilistom byłoby lepiej. Problemy ze staniem w korkach czy szukaniem miejsca do zaparkowania odeszłyby do przeszłości.

 A ja?
No cóż, w poniedziałek ruszyłem na miasto. Dużo lepiej, nic nie ociera, nowe torpedo niestety trochę przeskakuje, do poprawy jedynie nóżka. Warunki do jazdy bardzo dobre, jezdnie odśnieżone, nieoblodzone. Trasa - Rydzowa, Rojna, Traktorowa, Rąbieńska-Złotno, Krakowska [odwiedziłem tamtejszą szkółkę, by obejrzeć choinki], Krzemieniecka/Bandurskiego DDR [ubity śnieg, jechał pług], Mickiewicza DDR [tu już gorzej], Gdańska/Stefanowskiego na uczelnię. Potem Radwańska, Wólczańska, Sieradzka, Zarzewska, Rzgowska do elektronicznego. Upadł mi rower, połamał się tylny kierunkowskaz... cholercia, mogłem potraktować zaspę jako stojak. Kupiłem LEDki. Potem Rzgowska, Piotrkowska, Tymienieckiego do ŁAC. Założyłem diody i mogłem wracać po ciemku z należytym oświetleniem. Przy okazji wpadłem na wigilię. Potem Tymienieckiego, Piotrkowska do Piłsudskiego [wpadłem do banku], Piłsudskiego DDR, Wodna do Tuwima, chodnikiem do Wysokiej [po prostu skręciłem o ulicę za wcześnie :)], Wysoką do sklepu po nowy kierunkowskaz i z powrotem, Tramwajowa [BARDZO uważając na tory! :)], Narutowicza, Piotrkowska, Nowomiejska, park Śledzia, Manufaktura, Drewnowska DDR [dało się jechać, hurra!], a za Włókniarzy - jezdnią, Siewna, Złotno-Rąbieńska, Traktorowa, Rojna, Rydzowa i do domciu. Dopiero pod koniec miałem "odcinek specjalny" z koleinami, w których zalegał lód. Trzeba było zsiąść.

Wczoraj jechałem jedynie do osiedlowego po wodę i piwo. Droga oblodzona, ale sunąłem bez wywrotki.
Dzisiaj - na ryneczek; wygodne warunki do jazdy, jedynie na Rydzowej obrodziło w dziury.

 Światła spisują się lepiej niż przewidywałem. Przy kondensatorze 1F dwie superjasne LED fi 8 świecą ładnych kilka minut. Prosty mod, polecam wszystkim co kiedykolwiek trzymali lutownicę w ręku. Łatwo opisać słowami:
dynamo - mostek prostowniczy - opornik 100om szeregowo na plusie -  kondensator 1F/5.5V i dioda Zenera 5V1 równolegle od plusa do masy - jedna lub dwie gałęzie złożone z diody LED połączonej szeregowo z opornikiem 330om. Podczas jazdy dynamo wytwarza prąd zmienny, mostek prostuje go i otrzymujemy prąd stały, ładujący kondensator i zasilający diody LED. Opornik i dioda Zenera ograniczają napięcie na kondensatorze do wartości 5.1V, przeciwdziałając jego uszkodzeniu. Tyle :).

niedziela, 19 grudnia 2010

Rowelucja

Wbrew wszelkim obawom, chłopaki z firmy Opek się spisały i w sobotę doszły moje wypasione opony! Całe popołudnie i wieczór przesiedziałem w warsztacie, wymieniając ogumienie na kołach, smarując łańcuch [tak - zimą nawet osłona nie chroni go przed rdzewieniem], poprawiając nóżkę, montując chlapacz i nastawiając to cholerne cudowne tylne koło, by z obu stron odstawało na równą odległość, a przy tym łańcuch miał dobry ale nie-za-dobry naciąg.

Pierwsza sprawa: opony. Nie wiedziałem, że M+ Tour 37-622 będą tak wąskie, są ciut węższe niż Delta Cruiser 37-622 i dużo węższe niż Road Cruiser 40-635. W zimowych warunkach trochę mnie to niepokoi... ciśnienie w punkcie styku opon z drogą będzie większe, co oznacza łatwiejsze zapadanie się w śnieg, z drugiej strony mniejsze opory ruchu przy brnięciu przezeń. Ciekawi mnie zachowanie się opony na lodzie: inna mieszanka + głębszy bieżnik + większe ciśnienie opony na jezdnię powinny poprawić przyczepność. Pocieszam się myślą, że Heniek z ŁAC ma ostre koło na szosowych oponach i też daje radę. Cóż, jutro albo pojutrze jazda próbna :)
W każdym razie uniknąłem problemu, jaki miałem z Road Cruiserem: niedopasowania do błotnika i obcierania o wspornik. Zmiana średnicy i szerokości dały pożądany skutek.

Sama wymiana może być bajecznie łatwa lub piekielnie upierdliwa w zależności od felgi. Np. na przednim Schurmannie oponę montowało się bardzo ciężko; w ostatnim etapie pomogło ściśnięcie opony tam, gdzie już "siedziała" na obręczy, opaską kablową by się nie zsuwała, i mozolne zakładanie łyżką. Tylna Alesa dała się ogumić rękoma, bez łyżek. Niepokoi mnie to: czy przy 6 barach nie zdmuchnie opony z koła? Na razie się trzyma.

Kapcie - adieu! Swoją drogą, przebicia zdarzały mi się wyłącznie w tylnym kole, jak na ironię. Pierwsze prawo Murphy'ego mówi, że dowolna awaria zawsze dotyczy podzespołu trudniejszego w naprawie.

Oprócz tego zamontowałem zespół lampki tylnej: lampka Busch und Muller Toplight, puszka z kierunkowskazami po bokach i obwodem podtrzymania napięcia dla lampek tylnych w środku. Są dwie: Toplight na bagażniku oraz błotnikowa, do której trzeba było przeciągnąć kabelki. Wcześniej szedł jeden wierzchem podpory bagażnika, ale teraz postanowiłem zrobić to bardziej elegancko i puścić dwa jednożyłowe wewnątrz podpór, bo na końcach tychże są otwory o śr. 2 - 3mm. Najbardziej upierdliwy okazał się etap przeciągania przewodów: łatwo wchodziły, ale nijak nie dało się trafić w dziurkę na drugim końcu. Cienki drucik 0.5mm2 też nie dał rady, bo się wyginał. Gdzieś w warsztacie "przepadł" mi fajniejszy przewód 0.7mm2, z którym sztuczka pewnie by się udała... zgodnie z drugim prawem Murphy'ego, wszystkie rzeczy giną w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne! Ale ja, jak to ja, wycwaniłem się: wziąłem przewód YTKSY6x0.5mm [trochę tych kabelków słusznej długości dostałem w Łódź Art Center przy okazji montażu systemu alarmowego - a że ich nie wykorzystujemy, to droga wolna :)], wyciągnąłem trzy żyły, zrobiłem skrętkę rozwidloną na końcu i wepchnąłem w rurkę przez górny koniec. W otworze z drugiej strony ukazała się jedna z żył - celowo rozwidliłem skrętkę, by zwiększyć prawdopodobieństwo wyjścia jakiegoś drucika! Wyciągnąłem go szczypcami, odizolowałem, przylutowałem cienką acz mocną linkę i wyciągnąłem skrętkę z powrotem. Linka wyszła jak należy. Teraz należało ją odciąć, odizolować, zlutować z właściwym przewodem i przeciągnąć na dół. Wszystko udało się pięknie, a z drugim przewodem postąpiłem analogicznie. Końce przewodów zabezpieczyłem rurką termokurczliwą i założyłem konektorki, bo chciałem rozłącznego połączenia przy hakach. Następnie przeciągnąłem przewody do lampki na błotniku, co było bardzo łatwe i dodać należy tylko, że szły wewnątrz pałąka, na końcach były zabezpieczone rurką termokurczliwą, przy hakach miały konektorki, a do samej lampki szły we wspólnej rurce.

Pozostaje mi dokupić i założyć duże LED-y superjasne, po jednej na każdą lampkę. Oświetlenie tylne będzie gotowe.

Dziś "wojowałem" z elektryką: trzeba było podłączyć nowy kabel lampki tylnej i prądnicy, sprawdzić przyczynę zwarcia przy włączaniu wtyczki ładowania [tak, ładna iskra + wywalanie bezpiecznika :)] oraz niedziałania alarmu, a także wymienić żarówki w przednich kierunkowskazach na LED-y. Wszystko teoretycznie łatwe, choć uciążliwe i pracochłonne, bo w piwnicznym korytarzu jest mało miejsca i trzeba się namęczyć, by coś znaleźć / odkręcić coś z drugiej strony/itepe itede. Kable zamontowane, problem z prostownikiem rozwiązany [gniazdo zasilania miało przebicie - dziwne... w każdym razie transformator cały :)], alarm działa jak należy. Zostaje tylko założyć diody w lampkach tylnych.

A tak w ogóle leci sobie mój ulubiony album Faith and the Muse - Annwyn, Beneath the Waves... grupę odkryłem niedawno - w maju lub czerwcu, podczas "Trzeciej Strony Księżyca", audycji z muzyką okołogotycką na Trójce w każdą pełnię księżyca o północy. Przyznam, że wspomniany zespół jest jednym z tych, w których się zakochałem od pierwszego usłyszenia, gra genialną mieszaninę darkwave'u a la Dead Can Dance z deathrockiem, a to oznacza, że muszę to lubić :). Wystąpili dwa razy na ostatnim Castle Party, relacja z obu koncertów w jednym z poprzednich wpisów.

niedziela, 12 grudnia 2010

Surprise! Surprise!

Jakże miłe było moje zaskoczenie, gdy w sobotę ruszyłem na zakupy... Spodziewałem się zasp i ton kopnego śniegu - nic z tych rzeczy, drogi były ładnie ogarnięte i dało się przejechać rowerem bez trudnych momentów i zsiadania. Niby mam blisko: 200 do 300m, ale jestem zbyt leniwy na chodzenie na piechotę. Poza tym rower służy mi za "zwierzę juczne": za pomocą zmyślnej ramki wieszam torby po bokach bagażnika, na wierzch kładę zgrzewkę mineralki, przypinam gumą i jadę. W ten sposób obsługuję nawet większe zakupy w hipermarkecie - umawiam się z mamą na godzinę, ona chodzi po sklepie i kupuje [czego ja robić nie cierpię, i preferuję tradycyjne formy zaopatrywania się, czyli małe sklepy i rynki], po czym ja przyjeżdżam, pakuję siaty i jadę do domu.

Jeszcze fajniejszy może być rower towarowy: z przodu [rzadziej z tyłu] jest skrzynia na ładunek lub ludzi. Duńczycy i Holendrzy powszechnie wożą takimi dzieci, ukochane osoby, przyjaciół. Póki co, w Łodzi cargo ma Wićka [prod. AT Instytut, bardzo przypomina duńskie Christianie] oraz Dynamo. O innych nie wiem; mnie się marzy bakfiets, a to dlatego, że zainspirował mnie komiks Yehuda Moon and the Kickstand Cyclery, w którym niejaka Thistle wozi takim swoją córeczkę :).

Stabilizator kierownicy spisał się wyśmienicie. Pomaga w "ładnym" zaparkowaniu roweru z nóżką centralną, bo przednie koło jest uniesione i ma tendencję do skrętu. Przy ruszaniu, kiedy robię niekontrolowane skręty, czuję się pewniej; zobaczymy, na ile poprawi się jazda w śniegu...

Jutro daję koło do zaplecenia. Przesyłka ze Stylowych dojdzie niebawem, więc być może we wtorek czy środę wymienię koło i opony. Trochę się obawiam, że przez bardziej agresywny bieżnik wzrosną opory toczenia, ale zobaczymy. W każdym razie spodziewam się lepszej przyczepności do oblodzonego podłoża, no i ta legendarna ochrona przed przebiciem...

Następna Masa w Sylwestra; oczywiście wystylizuję się i pojadę :)

PS. Fajne znalezisko blogowe: http://lovelybike.blogspot.com - autorka jest cyklotyczką od dawna, bardzo inspiruje, zna się na sprzęcie [stereotypy - adieu :)] i w ogóle oby takich osób więcej!

piątek, 10 grudnia 2010

Fotograficznie.



Ktoś na dA dokopał się do mojej dawnej twórczości. To doskonała okazja, by przypomnieć sobie stare czasy i zdjęcie, które zrobiłem jakieś dwa i pół roku temu.


Miejsce: przędzalnia cienkoprzędna L. Grohmana, po wojnie - Uniontex. Opuszczone, łatwe do wejścia. Ta hala już nie istnieje - wandale z koparkami rozwalili strop.
Czas: maj 2008, moje pierwsze kroki na Deviancie.
Sprzęt: mój drugi aparat, czyli Fujifilm FinePix S5500 + jakiś tani statyw, bodajże WF czy jakoś tak. Pierwszym aparatem był HP Photosmart chyba 720, kompakt-małpa, który "trafił do Annwyn" [tzn utonął w jeziorze] w lipcu 2007r. Trzecim, którego mam do dziś, jest Canon 10D.

Samo zdjęcie - z punktu widzenia mnie teraz z obecnymi doświadczeniami, oceniam je jako jedno z lepszych pod względem kompozycji i oświetlenia. A przecież chyba nie wiedziałem o regule trójpodziału, silnych punktach, planach, plamach, barwach, strefowym dobieraniu ekspozycji i wszystkich tych innych zasadach? Po prostu przemawiał przeze mnie twórczy duch. Zdałem się na intuicję, uczucia.
Co ja wtedy, kurna, wiedziałem o fotografii?

Za to dużo łaziłem, robiłem sporo zdjęć sprzętem o klasę czy dwie niższą niż obecnie [mowa o możliwościach manewrowania - lustrzanka ma pełen manual i da się wkręcić dowolny obiektyw, a kompakty i hybrydy ograniczają użytkownika]. A teraz? Uważam, że fotografuję za mało z powodu lenistwa. Obskoczę Design czy jakąś inną imprezę, złapię "zajawkę" na eksperymentalną kompozycję, ale urbexów już prawie nie robię. Czas to zmienić. Niedługo w ŁACie remont, a miejsce trzeba przygotować. Przydałoby się zrobić "studium destrukcji": udokumentować jak to zdejmujemy te wszystkie prace, zabieramy sprzęt, demontujemy instalacje i  zostawiamy gołe ściany, by robotnicy budowlani weszli i zajęli się swoją działką. Potem być może zrobię "studium rekonstrukcji", tzn zakładania instalacji, malowania, jednym słowem: wszystkiego, co ŁAC robi we własnym zakresie.

BTW. Wreszcie przyszła felga, rękawiczki i stabilizator. Ten ostatni już przykręcony. Miałem mały problem, bo kiedyś ukręciłem gwint na śrubie od hamulca i nakrętka za ChRL, PRL i ZSRR nie chciała się odkręcić. Musiałem rozcinać ją Dremelem, co na szczęście się udało :)

czwartek, 9 grudnia 2010

Techniki ciąg dalszy

Najpierw narzekanie na PPUP Poczta Polska SA, a konkretnie na szybkość dostarczania przesyłek priorytetowych i miejsce ich przeznaczenia. Nie, nie chodzi o adres - a właściwie w rzeczywistości to chodzi... Otóż listy polecone w kopertach bąbelkowych będące czymkolwiek o masie lub gabarytach ponad te typowej książki [bo rzeczone dochodzą bez problemu, i mnie to cieszy] zawsze, niezależnie od (nie)obecności domowników, trafiają do urzędu pocztowego. Do skrzynki przychodzi awizo i obywatel musi samemu udać się po przesyłkę; oczywiście jest to ulgą dla listonoszy, którzy mają mniej do noszenia, ale z punktu widzenia odbiorcy poczty to spore utrudnienie. A zwłaszcza dla osób zawalonych pracą, samotnych z małymi dziećmi którymi trzeba się cały czas opiekować, niepełnosprawnych. Jakoś Niemcy dają radę:

źr. http://www.flickr.com/photos/keeshu/2760181796/sizes/z/in/photostream/

a gdy trzeba więcej zabrać,

źr. www.cargocycling.org

Dużo szybciej niż na piechotę, dotrze wszędzie, niewielkie nakłady inwestycyjne [w porównaniu z samochodami] i wydatki bieżące, ochrona środowiska, rozpoznawalność. Elastyczność również: do rozwożenia paczek można wziąć cargo [najlepiej "long johna" czy bakfiets Van Andela!], do listów - rower jak na fot. 1, a na krótsze trasy z niewieloma przesyłkami iść na piechotę.

Kawałek o poczcie to ledwie wstępodygresja; tak naprawdę chodziło mi o przesyłki, bo zamówiłem "trochę szpejów". Jedna z nich dotarła dzisiaj: skrzynka drewniana na bagażnik. Ma służyć do przewożenia towarów i stylowego wyglądania. Założę jej grubsze denko, wytnę część jednej ze ścianek by dało się wsunąć pod siodełko, polakieruję, ew. ozdobię jakąś grafiką i przykręcę szyny mocujące.

Stabilizator jeszcze nie doszedł. Powinien był wczoraj.
Zamówiłem parę rękawiczek na Sylwestra i nie tylko. Białe, długie do łokcia, z lakierowanej skóry. Cykloza B typu H3N2, czyli tzw. holenderka, nie zastąpiła mojego zainteresowania modą [="estetyką ubraniową", przypominam].
Inne rękawiczki - "całuski" z palcami - odbiorę osobiście.
Felga Alesa też gdzieś w drodze, a szkoda... Jeśli będzie jutro o rozsądnej porze, ucieszę się. Wezmę ją na bagażnik, Sachsa do torby i ruszę na Legionów, i podczas gdy Kasiński będzie "udzielał im ślubu", obskoczę miasto, załatwię co mam załatwić, a "nowożeńców" odbiorę wieczorem.
Z Rowerów Stylowych ściągam parę Schwalbe Marathon Plus Tour 37-622 [przebiciom opon mówimy NIE!], chromowaną listwę na osłonę łańcucha i lampkę tylną. Się szarpnąłem... wydałem ok. 230zł. Na szczęście mają zimowe upusty i o ile na chromie oraz lampce zaoszczędziłem 7zł, o tyle na oponach po 15zł/szt., czyli 30.

Teraz mnie kusi na Sturmey-Archer X-FDD. Rany kota, uzależnienie!

Oczywiście sprawy nierowerowe też istnieją. Np. studia. Szczerze mówiąc, totalnie mi się odechciewa, olewam sprawozdania z laborek, mało uważam na zajęciach, chce mi się ciągle spać i jedyne, co mnie na uczelni pociąga, to laborka dyplomowa. Dzisiaj skończyłem otrzymywanie chlorku tereftaloilu, rzecz nietrudna ale żmudna.
Poza tym elektronika. Mam perspektywę zrobienia kilku wzmacniaczy, a wczoraj naprawiłem koledze radio Tatry. Gra ładnie i nie buczy, tak trzymać! Oprócz tego doprowadzam swój nowy-stary oscyloskop Radiotechnika ST310A do stanu używalności; więcej w nim brudu niż elementów elektronicznych, a te ostatnie - zwł. kondensatory - jakością nie grzeszą. Będzie trochę roboty, ale IMHO warto. Natomiast inny ważny projekt elektroniczny, riksza nagłośnieniowa, nie może wystartować choć jest obmyślony. Dobrze, że mamy już głośniki tubowe. Jechały na Borsuku podczas MK i przejazdu mikołajkowego, a uczestnicy i organizatorzy zauważyli znaczną poprawę słyszalności muzyki i mowy. Ja - przestery i przeciążenie wzmacniacza w kolumnie, której używaliśmy do tej pory, i tylko dopięliśmy tuby.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Stu dwudziestu rowerzystów i dwa łosie

 Na początek coś technicznego:

 

Vintage Sachs Super 7, jeszcze sprzed "gównianych" czasów, kupiona na Allegro w stanie używanym odremontowanym. Będzie uciecha, gdy dojdzie Alesa 622-22, a potem Marathony. Jakoś stare Sachsy odpowiadają mi bardziej niż nowe [tzn Spectro], a co dopiero SRAM; tak samo manetki "cynglowe" takie jak http://allegro.pl/manetka-sachs-sram-super-7-i1355483071.html. I to mimo ich trudnej dostępności i kłopotliwości w naprawie/regulacji: cięgno stanowi drut stalowy w twardym plastikowym pancerzu, na stałe połączony z manetką i clickboxem, przesuwający się w jedną i drugą stronę bez udziału sprężyn. To oznacza, że nie da się regulować jego długości czy wymienić! Nowsze manetki i clickboxy współpracują ze standardowymi cięgnami Bowdena.
Oczywiście do Dreigangów uznaję wyłącznie tradycyjne dźwigienki. Takie małe zboczenie zawodowe :).
Swoją drogą trzybiegowe torpeda Sachsa, SRAM i Sturmey-Archer są kompatybilne pod względem sterowania. Tak więc można bez obaw wymieniać koła...

W sobotę pojechaliśmy sobie z okazji Mikołajek, przejazd współorganizowali Fenomen i Ikea. Każdy rowerzysta to jedna maskotka dla dzieci z pogotowia.
Plakat:
Zgodnie z tytułem, było nas 120. Wraz z łosiem - 121 [na dobrą sprawę chyba 122, bo były dwa łosie: duży u kogoś na bagażniku, i mały na Borsuku]. Gdyby doliczyć dziennikarzy, to chyba 127; ale oni niezroweryzowani, więc statystyk nie podwyższą. W każdym razie było nas dużo więcej, niż się spodziewałem - myślałem o 30 - 50 osobach.
Warunki lepsze niż myślałem. Były małe problemy z dojazdem na miejsce - tradycyjnie zakopywałem się w śniegu, Łódź nie jest Kopenhagą i każdy to wie, więc ścieżki nawet nie są odśnieżane. Od siebie jechałem jezdniami [ach, to zdziwienie kilku Prawdziwych Menszczyzn w ortalionowym umundurowaniu i barwach eŁKSy!], na Krzemienieckiej przeniosłem się na DDR i było duuuuużo gorzej. Potem tradycyjnie: Bandurskiego, park Poniatowskiego, Mickiewicza i Pietryna. W drodze na miejsce spotkałem parę osób na różnych pojazdach: BMX, trekking/mieszczuch, góral. Dawali sobie radę lepiej niż ja :)

Atmosfera - jakby bardziej pozytywna. Obserwatorzy uśmiechali się, machali do nas rękoma, my do nich też. Jakiś automobilista szarżował, inny trąbił. Sama droga była niezła: mało śniegu i lodu, dało się spokojnie przejechać. Trasa? Pietryna, Jaracza, Zachodnia, Ogrodowa, Karskiego, Drewnowska, Zachodnia/Kościuszki, Andrzeja,   Wólczańska, Mickiewicza/Piłsudskiego, Sienkiewicza, Wigury, Pietryna, Narutowicza, Wschodnia, Pomorska i Plac Wolności. Bardzo zdradliwe były tory pod koniec: dwa razy wpadło mi koło i mnie wykręciło, za drugim zaliczyłem glebę. Ble. Na szczęście żyję, a moja wymasowana [dosłownie!] Latająca też :)

A oto kilka zdjęć:












Powrót? Upierdliwy. Najpierw pojechałem Piotrkowską do Andrzeja, potem Lipową [koło wiadomo jakiego miejsca :)], następnie chodnikami obok 6. Sierpnia [przydałby się kontrapas...] a dalej - jezdnią. Chciałem wpaść do Wićki i kupić chlapacz, ale się nie udało. Może to i dobrze? Teraz nachodzi mnie na zrobienie sobie chwytów chlapacza z odpadów bydlęcej / końskiej skóry, do kupienia u jakiegoś rymarza czy kaletnika. W każdym razie ruszyłem do Włókniarzy, gdzie DDR nieodśnieżony i się zakopywałem. Skręciłem w Konstantynowską i pojechałem sobie przez ścieżkę przy parku na Zdrowiu, o dziwo przejezdną. A dalej już ulicami :).

Podczas zimowych jazd zauważyłem, że najtrudniejsze jest ruszanie na śniegu. Gdy już jadę, trzymam linię - startując, mam tendencję do niekontrolowanego skręcania kierownicy. Poza tym ona sama się przekręca podczas postoju z nóżką. Dlatego skusiłem się na stabilizator f-my Hebie: http://www.rowerystylowe.pl/elastomer-ukladu-kierowniczego-hebie-0695-p-4915.html [kupiłem nie w Stylowych, a na Allegro; jak widać, zapasy tych na mój rozmiar ramy się pokończyły] i za parę dni zobaczymy, jak to się będzie spisywało. Mam nadzieję, że dobrze.

A tak w ogóle cieszę się, że Zdanowska wygrała wybory. Raz, że miała porządny pro-kulturalny, pro-rowerowy, pro-rewitalizacyjny itd. program, podczas gdy Joński - z tego, co kojarzę z rozmów na liście RSSzdŁ - już taki fajny nie był i zamierzał automobilizować miasto. Dwa, że przeciera innym paniom drogę do polityki, co z mojego feministycznego punktu widzenia jest ważne. Tak więc nic tylko trzymać kciuki! :)

piątek, 3 grudnia 2010

LH specyfikacja

Wkręciłem się na bikestats, chciałem podać specyfikację ale skurczybyk softłer dopuszcza tylko 2048 znaków. Ech, lubię się rozpisywać... Na szczęście blog mnie nie ogranicza, więc zarzucę tu:

rama oryginalna, prod. nieznany
kierownica, chwyty - j.w.
hamulec i klamka - j.w.
mostek kierownicy - Humpert, 40cm fi 22.1, RS
stery Touren, RS
błotniki - prod. nieznany, RMH
osłona łańcucha + ramka - j.w.
osłonki koła - j.w.
pedały - j.w.
mieczyk - prod. nieznany, ŁCC
chlapacz [był i będzie] - Bibia Old School, RS/ŁCC
bagażnik - oryginalny, miał nóżkę ale do niczego się nie nadawała i usunąłem
podpórka centralna - prod. nieznany, podobna do Tranz-X, LSR
siodło - Lepper Primus z allegro, kupione za 150zł jak nowe
sztyca - Zoom, z któregoś LSR
suport - prod. nieznany, wkład na maszynowych
korba lewa, prawa - prod. nieznany, wymieniane "na raty" [lewa wraz z suportem, prawa później], prawa - 46T
łańcuch - Shimano
tylna piasta - Sachs Spectro S7, z Synkros
przednia piasta - SRAM i-Light D3 series, z RS
obręcze - oryginalne, przód Schurmann 622-22, tył prod. nieznany 635-22, zardzewiałe :(
ogumienie - Schwalbe Delta Cruiser, Road Cruiser [nie pamiętam, gdzie która], dętki zwykłe CST
lampka - jakaś made in China, dwużarówkowa, jako światła długie zrobiłem lampkę na power-LED
zabezpieczenie - Axa Defender RL z łańcuchem
elektronika - 100% DIY, ramka na bagażnik i gumy też :)

[ŁCC = Łódź Cycle Chic, RS = Rowery Stylowe, LSR = lokalny sklep rowerowy, RMH = Rowery Miejskie "Holender", W-wa, na allegro użytkownik abrajan1]

Dziś krótko. Jechałem do sklepu grzęznąc w śniegu na ulicy, toteż przeniosłem się na chodnik... dużo wygodniej i bezpieczniej, bo i tak poruszam się wolno. Podczas gdy ja, uważając na piechurów, parłem do przodu, na jezdni był koreczek: samochody się przyblokowały i nie mogły minąć.

środa, 1 grudnia 2010

Nagły Atak Zimy

Poniedziałkowa śnieżyca sparaliżowała miasto - zepsute tramwaje, kilkukilometrowe korki, brak pługopiaskarek, 30cm śniegu na chodnikach... masakra! Na zajęcia jechałem przeszło dwie godziny, a wracałem trzy i pół. Tramwaj 8 uciekł mi sprzed nosa, więc zamiast czekać na mrozie co najmniej 20 minut, postanowiłem iść na autobus 6... Wsiadłem, w środku było ciepło, czytałem "Zakazane miłości" Marty Konarzewskiej i Konrada Pacewicza - egzemplarz autorski, dostała chyba każda osoba udzielająca wywiadu. Kierowca wkurzony i wcale mu się nie dziwię, a pasażerowie coraz bardziej mili, solidarni, skorzy do pogaduszek... naprawdę wyjątkowa atmosfera, nikt nikogo nie wyzywał/krzywo patrzał/itp. itd., bo w obliczu wspólnego przeciwnika - zimy - ludzie się jednoczyli.
Cała Bandurskiego, Krzemieniecka, Krakowska i Złotno były zablokowane przez kilkuset automobilistów, którzy koniecznie musieli ruszyć samochodami na miasto. O ile jedni korzystają z samochodów mądrze - tzn. na dłuższych dystansach, w kilka osób, z bagażem, lub gdy rzeczywiście gdzieś się trzeba dostać "na cito" - o tyle inni spokojnie mogliby wsiąść do tramwaju czy autobusu, uwalniając przestrzeń na jezdni i powierzchnię do parkowania. A MPK nie miałoby takich problemów, jak ma... Dlatego uważam, że należy zdekonstruować mit samochodu jako szybkiego środka transportu w mieście [co innego między miastami - wtedy rzeczywiście jest najwygodniejszą metodą poruszania się], wyznacznika statusu społecznego [no dobra, wiąże się to z wszechobecnym konsumpcjonizmem i trzeba uderzyć w przyczynę, nie objaw] oraz wypromować komunikację miejską oraz rower, a także łączenie metod: np. parkingi na obrzeżach centrum, połączone z przystankami KM czy wypożyczalniami rowerów. Moim zdaniem w PORD przydałby się zapis, że autobusy lokalnego transportu zbiorowego, pozostającego w gestii miasta [choć może i prywatnych przedsiębiorstw też to powinno dotyczyć?], mają pierwszeństwo przejazdu tak jak pojazdy szynowe. Oprócz tego przydałyby się pasy autobusowo-rowerowe, gdzie prywatne samochody nie mają wjazdu.  W Paryżu zrobiono to w fajny sposób:


Źródło: http://www.bikexprt.com/bikepol/facil/lanes/bikebus.htm
Jak widać, pasy rozdzielone są wysoką wysepką. Wjechanie samochodem z drugiego pasa jest poniekąd utrudnione.

Dzisiaj przeprosiłem się z siodełkiem i mimo paru(nastu? dziesięciu?) "odcinków specjalnych" w postaci nieodśnieżonych jezdni, chodników i ścieżek, dało się jechać. A od ruchu się ogrzałem. Jedni się dziwili, inni również byli na tyle odważni, by wybrać dwa kółka, choć przeważnie górale, a na tych zimą łatwiej. Kolega z ŁAC zasuwał na ostrym. Szacun! O rikszach nie muszę wspominać.
Niestety, Latającej pogoda dała się we znaki i torpedo zbyt długo nie pożyje... po raz pierwszy od jakiegoś czasu pod większym obciążeniem spadł mi łańcuch. Oby się udało obskoczyć sobotni przejazd mikołajkowy.

Wkrótce wymiana koła. Stare na Spectro S7 rozbieram - piasta do remontu, zardzewiała obręcz [oryginalna] na złom, szprychy z nierdzewki szkoda wywalać bo do czegoś się przydadzą, oponę podam dalej, dętka - do nowego. ReCYCLING jak nic :).
A nowe? Na alledrogo kupiłem chromowanego, wyremontowanego Sachsa Super 7 [czyli bezpośredniego poprzednika Spectro, wygląda dużo bardziej oldschoolowo i "holendersko"], czekam na dostawę. Wypatrzyłem felgę Alesa 22-622, do końca został tydzień, ale pewnie wygram aukcję; koło zaplotę u Kasińskiego. Jako guma będzie Schwalbe Marathon Plus Tour 37-622, w zamysłach sprowadzona ze Stylowych przez Wićkę.

Nie byłbym sobą, gdybym pominął milczeniem piątkową Masę. Jedna z najfajniejszych, na których byłem. Jechaliśmy Andrzeja aż do Włókniarzy, potem 6 Sierpnia, Żeligowskiego, 1. Maja, Próchnika [przejeżdżałem koło dawnego domu moich dziadków], Rewolucji. Przystanek na EkSoc-u. Szkoda, że Iza nie jeździ - byłem z nią raz, przeszło rok temu, na swojej pierwszej Masie... Z Uniwerka ruszyliśmy ul. P.O.W. przez plac Sałacińskiego, dalej Węglową, Tramwajową [do atrakcji należały dwie potężne dziury, pieczołowicie strzeżone przez Niebieskich], jakoś tam do Przędzalnianej, następnie Fabryczną, Abramowskiego [brrrr! kto wie, ten wie :)], Brzeźną, Radwańską, Kościuszki, Pietryną, 6. Sierpnia, znowu Kościuszki i skręt w Legionów do mety. Z plusów: nowe tuby, na których będę robić nagłośnienie, miały chrzest bojowy. Spisały się dobrze, ale dopiero w wersji ostatecznej pokażą, co potrafią. Niebiescy dali radę bez policji, która nas olała. Był after w kawiarni "U Milscha" na rogu Kopernika i Łąkowej - miłe, zabytkowe miejsce, a pewna Justyna obchodziła urodziny i wszyscy wypiliśmy za jej zdrowie. Potem do domciu...

A, i +10 do lansu, bo trafiłem na bloga ŁCC:


Ja i Latająca - para nierozłączna, bo choćby skały srały, kładę nogi na pedały :)
A pomijając skórzany cylinder, który zostawiam sobie "na okazje", noszę wszystko co widać. Kapelusz mam wełniany, ten, co na sesji z Agatą. Wysokie kozaki zimą są najpraktyczniejszym obuwiem pod słońcem! Mam nadzieję, że więcej mężczyzn się wyemancypuje i doceni ich zalety... znowu.

Przy okazji przeglądałem oryginał, od którego wszystko się zaczęło, czyli Copenhagen Cycle Chic i trafiłem na "cargo bike culture" - nawet nie wiedziałem, że ktoś określił pewne zjawisko tym mianem! A chodzi o używanie rowerów towarowych do transportowania przedmiotów i osób [tak, tak! dowożenie dzieci do szkoły czy przejażdżki z ukochaną osobą, przyjaciółmi itd. to w Danii i Holandii powszechność]. Namiastkę tego mamy w Łodzi - jedno cargo ma Dynamo, drugie - Wićka, nie wiadomo czy jest tego więcej. Za jakiś czas dołączy riksza nagłośnieniowa. Ale nie w tym rzecz. Otóż istnieje kopenhaska firma Christiania Bikes, działająca na terenie Wolnej Dzielnicy Christiania; ta ostatnia mnie zainteresowała, bo jest działającą w mieście odrębną, samorządną wspólnotą, gdzie obowiązują pewne zasady [np. zakaz przemocy, wnoszenia broni, wchodzenia w kamizelkach kuloodpornych, wjazdu samochodem, handlu twardymi narkotykami, budowania bez zgody zbiorowości] egzekwowane przez samych mieszkańców, czasem wbrew "państwowym". Wstępu bronią dwie bramy, więc łatwo kontrolować, czy nie wchodzi jakiś podejrzany element lub zwyczajni banici, którzy przeskrobali coś poważnego i zostali usunięci. A tak to przestrzeń z założenia wolna, otwarta, zakładająca swobodę ekspresji i twórczości, egalitarna i all-inclusive. Ma oczywiście minusy: zdarzają się ekscesy - głównie jeśli chodzi o sprzedaż narkotyków - i, niestety, centroprawicowy rząd "dokręca śrubę" wbrew woli mieszkańców, nakładając ograniczenia na osiedlanie się, budowanie domów. Chce rozwalić parę istniejących i wprowadzić tam mieszkalnictwo komercyjne. Jak na razie jednak Christiania jakoś się trzyma. Piszę o tym dlatego, że takie miejsca istnieć mogą, i moim zdaniem bardzo dobrze; myślę, że tam bym się dobrze wpasował.

piątek, 26 listopada 2010

Masa Krytyczna już dzisiaj! Tylko ludzie nie w temacie gadają, że zimą nie da się jeździć. Po co się przejmować...

Latająca po remoncie. Nowe narzędzia spisały się wyśmienicie! Komplet kluczy nasadowych to coś, czego mi brakowało... jak ja się mogłem bez nich obejść?
Rower ma nowe błotniki, stery, mostek kierownicy, pedały i ramkę osłony łańcucha. Wymieniłem parę śrub na imbusy, coby było ładnie :). Nie zrobiłem tylko świateł długich; mam kupione elementy i będzie trzeba wszystko zlutować. Siedziałem nad robotą przedwczoraj, wczoraj i w nocy [przeniosłem się z piwnicy do mieszkania, tachałem Latającą bez tylnego koła na 10-te piętro i się spociłem - ale ROWERY GÓRĄ!]. Zaraz ruszam do metalowego, to przy okazji się sprawdzi i podregluje parę rzeczy. Później - już na MK - będzie nowy chlapacz i chromowany grzebień na osłonę.

Przy okazji znalazłem zdjęcia wersji pierwotnej, jeszcze u sprzedawcy... dawne czasy, kwiecień lub maj.
Patrzcie.
Miała torpedo dreigang z tyłu, jeśli nie pójdzie do rikszy nagłośnieniowej to będę mógł opchnąć. Siodełko już nie miało środkowych sprężyn w przednim resorze. Lewa korba przyspawana przez jakiegoś patałacha do suportu, odpadła na chrzcie bojowym podczas majowej Masy. Stąd zrodził się pomysł na pierwszy kapitalny remont. Ogumienie [przód Schwalbe Marathon Plus chyba 35-622, tył Continental 40-635, rozmiar nie do dostania w Cykliście, ale w Stylowych - tak] było na oko zmurszałe, w złym stanie, ale o prawdziwym stanie przekonałem się przy przeplataniu kół; dętki zrosły się z oponami. Gdybym wiedział, co działo się z obręczami [przerdzewiałe!], nie patyczkowałbym się i sprawiłbym sobie dwie 622, raczej stalowe, a do kompletu być może i oldschoolową Sachs Super 7 na tył. Kiedyś będzie trzeba pogrzebać. Gumy przy okazji dopływu kasy zmienię na najlepsze do jeżdżenia po mieście, czyli Marathon Plus. A na razie pomęczę się z 635 w tylnym kole; miałem problem z dopasowaniem błotnika...

niedziela, 21 listopada 2010

Dalsze udoskonalenia LH

Z okazji premii za Design postanowiłem się obłowić. Wcześniej kupiłem multiszlifierkę Dremel 300 z akcesoriami i ogromną skrzynką narzędziową, w której mieszczę cały majdan wraz z wiertarką i lutownicą :). Teraz dojdzie komplet kluczy nasadowych Yato 3/8" z grzechotką i przedłużkami, trochę szczypiec i pistolet do przedmuchiwania. Zamówienie złożone, czekam. Poza tym przypomniałem koledze, że miał wysłać mi oscyloskop - też powinien dojść za parę dni.

W następnym tygodniu zamierzam dołożyć parę rzeczy do Latającej:
-komplet błotników - sprowadzane z Wawy. Przód i tył, będą z białym paskiem i szparunkami pasującymi do osłon :)
-ramkę osłony łańcucha, stara jest rozklekotana i przydałoby się wymienić... - też z Wawy
-parę lśniących, chromowanych pedałów. Źródło - j.w. Stare pójdą na poczekanie. Albo do rzucania w kontrdemonstrantów, coby wiedzieli, co oznacza słowo "pedał" i przestali używać go w obraźliwy sposób.

-nowy mostek kierownicy, dł. 40cm - Rowery Stylowe
-nowe stery - skoro wymieniam mostek, to przydałoby się i je. Też RS.

W planach jest też ulepszenie lampy: do świateł długich posłuży dioda power-LED 5W z przetwornicą na MC34063A [jeśli ten patent przejdzie :)], zamontowana na radiatorze z zaślepki do rur miedzianych, przylutowanym do klosza. Będzie dawać czadu w nocy :).
Kilka dni temu założyłem przełącznik świateł awaryjnych, dodałem tylnym lampkom funkcję światła postojowego oraz zmontowałem rowerową latarkę na kabel. Niby nic, a cieszy. Trzeba jej będzie zrobić jakąś obejmę do mocowania na ramie.

Dzisiaj zamontowałem nóżkę, wymieniłem słabowity akumulator, naprawiłem kierunkowskaz utrącony w czwartek w tramwaju [jechałem od Krakowskiej do Kilińskiego, by wymienić dętkę], dołożyłem gniazdo zasilania urządzeń pomocniczych i znów wymieniłem dętkę... pech chciał, że tamta niby nowa pękła mi na obwodzie. Pewnie źle założyłem oponę, może przyszczypnąłem. Teraz ustrzegłem się tego błędu. Przy okazji okleiłem felgę taśmą izolacyjną, bo lepiej zabezpiecza niż opaska z taśmy samoprzylepnej made by Two Wheels.

Skoro mowa o przewożeniu rowerów komunikacją miejską: nie ma w regulaminie zapisów zabraniających explicite przewozu rowerów, ale należy uważać, by kogoś nie pobrudzić itd. Kontrolerzy się nie czepiali. Obowiązuje opłata za bagaż, czyli 2.40zł. Poza tym cieszy http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,8669017,Lodz__Tramwaje_beda_z_klima_i_stojakami_dla_rowerow.html - dowód, że MPK jako organizacja nie jest przeciwne przewożeniu rowerów swoimi pojazdami.

Jeśli znajdę trochę czasu, a kurier i poczta nie nawalą, skończę wszystko przed Masą. Pamiętajcie - piątek, 17:30, odjazd 18:15, Pasaż Schillera :)

niedziela, 7 listopada 2010

Gąsienica - studium przypadku

Na wsi, niedaleko Częstochowy, ujrzałem gąsienicę. Wdzięczne stworzonko pięło się po schodach, a potem - po ścianie. Wyciągnąłem aparat i porobiłem parę zdjęć:





Tylko ostatnie było poprawiane - zmniejszyłem jasność. Poza tym zero retuszu.
Sprzętowo - EOS10D + kit 28-80, 1/125s, f/5.6, ISO100. Zazwyczaj robię na pełnym manualu, tym razem AF.
Przydałby się mieszek :)

sobota, 30 października 2010

Po Masie




Masowaliśmy dwa oddziały Muzeum Sztuki [ms1 - Więckowskiego, ms2 - Manufaktura], okolice domu Wł. Strzemińskiego, Stary Cmentarz oraz ASP. Przejazd był bardzo udany, zgłosiło się trzystaparędziesiąt osób. Mniej niż poprzednio, być może przez wyjazdy, chłód lub tzw. koniec sezonu, w który sporo osób wierzy.

Zdjęcia z MK są trudno dostępne, ale może ktoś coś wrzuci. Ruszaliśmy po ciemku i trudno było fotografować.

A dla osłody...


Wymowne. Dziewięć rowerów, zmieszczą się jeszcze ze trzy.

Park(ing) Day Kraków, 17.09


Link do zdjęcia - http://www.flickr.com/photos/magama/4999326886/in/pool-970386@N22/

czwartek, 28 października 2010

Sesja 18.09

Po przeszło miesiącu mam zdjęcia. Agata zna się na rzeczy, spędziliśmy wspaniale czas, mimo że się ściemniało i wszystko robiliśmy w pośpiechu. Najpierw zabrała mnie do siebie, "upaprałem" ryjek, Marta nałożyła cienie, ja - maskarę i szminkę.



Przebrałem się i ruszyliśmy pod Galerię... jedna pani nawet pytała: "czy pan jest kobietą, czy mężczyzną". Interesujące. Przecież odpowiedziała sobie w presupozycji :).


Jedziemy pod Manufakturę. W samochodzie zmieniłem buty i doczepiłem do kapelusza tiul kupiony w lumpeksie :). Oczywiście nie obyło się bez reakcji tzw. Prawdziwych-Mężczyzn, oczywiście zapuszkowanych w autach, wykrzykujących coś przez otwarte okno - by, w razie czego, móc szybko uciec. Paru spławiłem jakąś aluzją do literatury i ironicznym komentarzem.



Kilkaset metrów dalej jest jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Łodzi - Stary Cmentarz. W sumie najprzyjemniejsza część całej sesji. Zmarli są bezgranicznie tolerancyjni... zresztą nawet gdyby mogli się czepiać, to wątpię, by ludzie tego formatu chcieli uciekać się do tak prymitywnych metod.

Swoją drogą, remont przechodzi kaplica Scheiblera. Nareszcie! Należało się jej. Być może wypuszczę się tam z aparatem.





I, moim zdaniem, najlepsza - bardzo retro... czerń i biel mi nie wystarczyła, przerobiłem na sepię :).


Ciuchy: kamizelka z pracowni kuśnierskiej ul. Więckowskiego; płaszcz, marynarka, spodnie, zegarek, rękawiczki, laska - Allegro. Buty, koszula, kapelusz+wstążka+welon - SH. Krawat - robiony na zamówienie w bramie przy Piotrkowskiej w okolicach katedry.

Makijaż: podkład - Kryolan Ulta-Fluid Foundation, puder - Kryolan Anti-Shine Powder, cienie i maskara bardzo fajne nie wiem jakie :(, pomadka też. Gdyby nie pośpiech, byłby pełny mejkap. Eyeliner, podmalowane brwi i konturówka oraz błyszczyk na usta :).

Zdjęcia poszły na Maxmodels i dA - nick ten sam, łatwo traficie :).

Zdjęcia z Fashion Week dalej czekają na obróbkę. Wieczne odwlekanie to moje powołanie.

środa, 20 października 2010

Inspirująca fotografia...

na stronie Wólczanki http://www.wolczanka.com.pl/


Doceniają cycle chic! Uwielbiam tę geometrię, BTW. 

A ja - w łóżku, z zapaleniem krtani. Niezbyt fajny partner.

niedziela, 17 października 2010

ŁESK2016, Łódź Design i FashionPhilosophy Fashion Week Poland

Łódzki październik obfituje w wydarzenia. Po pierwsze, eliminacje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016... jak wiadomo, Łódź odpadła. Nie będę ukrywał: jest mi z tego powodu żal, zrobiliśmy dużo, jestem wdzięczny Krzysztofowi, Hubertowi, Wojtkowi, Patrycji, Łukaszowi, Michałowi i całej rzeszy osób, których nie znam/nie pamiętam, jak również "szeregowym" Łodzianom, którzy zainteresowali się tematem, przychodzili na imprezy i pikniki, wspierali akcję, promowali rower jako środek transportu w mieście. Mimo braku tytułu, będzie dobrze; nie zrażamy się. Może trochę trudniej o finanse i promocję, ale na pewno damy radę. EC1 i ŁAC się wyremontują, a Design, Fotofestiwal, Fashion Week, FD4K i inne imprezy będą się odbywać.
Kocham Łódź, jestem lokalnym patriotą, czuję się związany z tym miastem, jego zabytkami, niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka pięknem, oraz częścią mieszkańców. Temu ostatniemu zresztą trudno się dziwić, mamy aż zanadto ludzi omamionych niskich lotów popkulturą, nie podejmujących głębszej myśli czy poszukiwań, reagujących na dotąd nieznane osoby/rzeczy/zjawiska/sytuacje agresją [tak, Prawdziwe Mężczyzny z Marsa, to o Was mowa!] lub chichotem [tu już mamy parytet, lub nadreprezentację Wenusjanek], uzależnionych od alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Amsorry. Tu mała dygresja: jechałem wczoraj swoją LH na nocny przejazd rowerowy; pech chciał, by przed Manufakturą spadł łańcuch. Jeszcze większy pech chciał, by podczas próby naprawy zginęła zawleczka od spinki... rowerem nie dało się jechać, zaprowadziłem go do Fufu i odbiorę w poniedziałek/wtorek, gdy będę miał nową spinkę. Wracałem tramwajem. Kilka siedzeń za mną jakiś chłopak rozmawiał głośno ze swoją towarzyszką... oprócz nader częstego używania tzw. "brzydkich słów" [co sugeruje poważne ograniczenie językowe - nie miałem powodów, by uznać, że wulgaryzmy używane były rozmyślnie, np. w celu zwiększenia ekspresji wypowiedzi], znamienny był typ rozrywek, którym rzeczony jegomość się oddawał. W sumie nie rozumiem fenomenu chodzenia do klubów, tzw. wyrywania lasek, upijania się w sztok by nic nie pamiętać i wracać do domu na czworakach. Wolę z kimś pogadać, poprzeglądać blogi/fora, sfotografować coś/kogoś ciekawego bawiąc się oświetleniem i kompozycją, posłuchać czegoś, wziąć się za książkę [oj, atramentowe łzy tęsknoty leją się z półek... trzeba wrócić do czytania], wybrać się na koncert/festiwal, obmyślić jakieś nowe urządzenie lub poeksperymentować z ciuchami. Od czasu do czasu też wypić - ale niewiele; mnie chodzi o wstawienie się i lepsze samopoczucie, większą śmiałość i otwartość w kontaktach z innymi, a nie tzw. zgon. Cóż, masa różnych rzeczy do robienia.

Przygotowania do pracy magisterskiej czas zacząć. Temat: "synteza i aplikacja nowych pigmentów kosmetycznych"; generalnie chodzi o wyodrębnianie barwników naturalnych i mikrokapsułkowanie ich [tj. zamykanie w otoczce polimerowej, tutaj - poliamidowej] w celu przedłużenia trwałości. Wg mojego promotora, temat jest jeszcze nieprzebadany, a może być obiecujący.
Na II roku chemii odkryłem swe powołanie do branży kosmetycznej... chciałem załatwić praktyki w Evie lub paru innych firmach, ale nie udało się. Trudno.
Co po studiach? Rozważam emigrację do Szwecji, Danii lub Holandii. Myślę, że dobrze będę się czuć w kraju mającym reputację otwartego, prorównościowego... chcę żyć w miejscu bardziej wolnym od fanatyków niż Polska, czuć się bezpiecznie na ulicy. W Łodzi o to trudno, i moim zdaniem to największa wada tego miasta: ludzie ubodzy wewnętrznie, transmitujący swoje ubóstwo na następne pokolenia.

Kilka razy w roku mam zlecenia w Łódź Art Center, gł. jeśli chodzi o przygotowywanie oświetlenia wystaw, jakieś drobne naprawy, robienie sprzętu itd. Jestem tam częstym gościem; uważam kulturę organizacyjną za bardzo otwartą, nowoczesną i przyjazną - trudno o ciasnotę, jeśli ma się do czynienia z artystami z kraju i zagranicy, ludźmi z inwencją, nieszablonowymi. W Studenckim Radiu ŻAK PŁ też było nieźle, choć niektórzy "trochę się dziwili" na mój widok, i czasami nie czułem się swobodnie.
Ostatnie dwa tygodnie upływały pod znakiem przygotowań do Łódź Design. Zdążyliśmy zrobić wszystko przed wernisażem bez pędzenia przez ostatnie godziny w szaleńczym tempie. Rok temu nie wyszło. Brakowało czasu i sprzętu; teraz mieliśmy więcej gratów, ale i więcej miejsc do obsłużenia, mimo wszystko daliśmy radę. Uważam jednak, że gdyby wystawy dotarły dzień wcześniej, całość poszłaby sprawniej i przyjemniej.

Wyszedłem z roboty w czwartek o 15ej; trzeba było wrócić do domu, by się wykąpać i wystylizować na otwarcie. Początek o 18, ja przybyłem ok. 19, obejrzałem niewidziane wystawy i udałem się na bankiet w klubie Ambasada. Niezbyt fajne miejsce, zbyt ciemne, w tłoku trudno było zauważyć stopnie i przyjrzeć się potrawom. Zauważyłem pewną nie-aż-tak-bardzo-piękną panią w cudownej skórzanej sukience. Zapewne miałbym o czym z nią pogadać, ale była w towarzystwie :). Porozmawiałem trochę z różnymi ludźmi o filmach, queerowych sprawach itd. i około wpół do trzeciej wróciłem do ŁACa, gdzie pospałem. Rano pojechałem na zajęcia, wszystko poszło szybciej niż się spodziewałem, więc o 11ej już mogłem obejrzeć pokazy Off: Out of Schedule w Bielniku i Elektrowni. Kochane miejsce. Same pokazy różnie się podobały: Pauliny Plizgi bardzo; mało kreacji w moim typie, ale model/k/i byliły przygotowanine przez Paulinę "na widoku" [tzn projektantka dodawała elementy stroju, np. namalowany pasek] a potem wychodziliły na wybieg - fajny pomysł; oświetlenie dobre, był czas na fotografowanie i dało się robić to bez flesza. Pokaz Eweliny Klimczak w Elektrowni był już gorszy, trudne oświetlenie, wszystko trochę za szybko... przy okazji pogadałem z pewną panią z Holandii [przynajmniej tak pamiętam], dałem się sfotografować uroczemu przegiętemu na tle generatora, efekt wyszedł bardzo steampunkowy :). Następny pokaz - Marty Siniło - miał postać filmu i dotyczył jednej kreacji; projektantka nie wypuściła kolekcji na wybieg, bo pracowała pod presją czasu, musiałaby ją przygotowywać w pośpiechu. W sumie to rozumiem - nerwówka nie sprzyja pracy, nawet takiej prostej jak naprawa lampy, a co dopiero twórczej. W każdym razie kreacja [czerwona suknia z trenem, futrzana kurtka] i sama modelka były cudowne :)

Zostałem jeszcze poproszony o dwa wywiady [nie obyło się bez tremy!] i wróciłem do ŁACa, wyskoczyłem do sklepów, poczekałem do 19:30 i pojechałem do Owoców i Warzyw na drugie urodziny Łódź Cycle Chic. Cargo Witka z przypiętymi kilkoma rowerami już tam było, zostawiłem swój, wszedłem do klubu. Obejrzeliśmy pokaz zdjęć z bloga ŁCC oraz kopenhaskich pierwowzorów, po czym pojechaliśmy do ms cafe, gdzie obejrzeliśmy kilka rowerowo-szykownych filmów. "The Bicycle Waltz" http://www.youtube.com/watch?v=e4tfh4_a5gs&feature=player_embedded#at=20 kręcony w Amsterdamie, z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa, wzruszył mnie do łez. Cudowne.

Po wszystkim wróciłem do domu... oczywiście nie obyło się bez docinków jakichś "Prawdziwych Mężczyzn", którym moja stylizacja wydała się zbyt ekscentryczna, by powstrzymać potrzebę wygłaszania głośnych uwag na mój temat. 
Jeśli znajdę jakieś zdjęcie w necie - wrzucę; byłem ubrany w skórę po elegancku. Miałem swój nowy cylinder robiony na zamówienie u Ani Marusarz [jeszcze raz dzięki dla Jagody Piekarskiej za namiar :)], sztuczne futro kupione dwa lata temu w lumpeksie, laskę, torebkę, kowbojki i ostrogi. W artystycznym światku reakcje pozytywne: dużo komplementów, trochę osób robiło mi zdjęcia za moją zgodą. Stroję się, bo "estetyka ubraniowa" to jedna z rzeczy, które kocham; pewna, ważna dla mnie, forma twórczości, oprócz fotografii, konstruowania/udoskonalania/wynalazczości, a w przyszłości prawdopodobnie też rysunku/malarstwa, projektowania ciuchów, może i muzyki. Celowo wprowadziłem pojęcie "estetyki ubraniowej" dla odróżnienia od "mody", która kojarzy mi się z kierowaniem się trendami, tym, co w danym sezonie jest "in" a co jest "out", pod rygorem tzw. obciachu. Jeśli o mnie chodzi, mam i rozwijam swój styl, lubię eksperymentować, stosować ulubione elementy/kombinacje, szukać inspiracji w necie, wyprowadzać swoje pomysły na ulicę możliwie często - co w polskim klimacie bywa trudne, ale da się zrobić. [Pozdrowienia dla Antyfaceta, Maćka czy Roniego; jeśli mężczyzna nosi spódnicę, to znak, że ma takie jaja, że nie mieszczą mu się w spodniach :)]. Nie zależy mi na poklasku, byciu znanym, robieniu wrażenia na publiczności itd. [poza osobami z kreatywnych środowisk - gdyby nie to, nie publikowałbym nic na dA czy mm :)]. Dla mnie to fasadowe, jestem antycelebrytą, mam "parcie od szkła", uciekam jeśli zauważam jakiegoś paparazzo, a gdy ktoś prosi mnie o zgodę na zdjęcie [na szczęście wśród inteligentnych ludzi jest to powszechne], pytam o zastosowanie i zwykle się zgadzam... czasem to wstęp do fajnej pogawędki :).

Zdjęcia "się obrabiają", będą wkrótce.
Jestem zaziębiony, rower niedomaga, więc nie byłem w stanie zobaczyć na żywo pokazu Jagody. Szkoda.
Mam nadzieję, że jutro kupię spinkę i naprawię wehikuł - bez niego czuję się jak bez nóg!

wtorek, 12 października 2010

Latająca Holenderka, czyli mój welocyped

Ostatnio zajmuję się przygotowywaniem oświetlenia na festiwal Łódź Design. Wernisaż w czwartek :)
Korzystając z chwili odpoczynku w pracy, postanowiłem obfotografować swój rower, kupiony w maju i mocno udoskonalany.

Skąd w ogóle się wziął?

Tuż po wernisażu Fotofestiwalu urwała się linka przerzutki tylnej w starym "góralu"-makrokeszu ojca. Nie miałem już cierpliwości do tego złomu - wcześniej rozwaliły się piasty, opony przetarły i trzeba było wymieniać koła. Doszło parę innych usterek i uznałem, że utrzymywanie rupiecia, skądinąd potwornie brzydkiego i nieergonomicznego, nie ma sensu. Postanowiłem przeznaczyć wypłatę na nowy rower, pogrzebałem w necie, trafiłem na bloga ŁCC, doszedłem do wniosku, że całe to zjawisko zwane "cycle chic" a.k.a. "rowerowa elegancja" pasuje do mnie jak pedał SPD do roweru górskiego. Niestety, Wićka nie miał w sklepie żadnego pojazdu, który by mi odpowiadał, więc trzeba było szukać gdzie indziej. Zostać bez roweru nie mogłem! Obleciałem Piastę na Widzewie, Dynamo na Kilińskiego, parę innych miejsc - nie znalazłem nic dla siebie... pozostał net. Na Allegro kupiłem używaną holenderkę nieznanej marki [rama bez napisów, brak mieczyka na błotniku przednim i emblematu na główce sterowej] za 420zł, po kilku dniach była już u mnie... Osprzęt był typowo "holenderski": skórzane siodełko na sprężynach [Lepper Primus, model damski - nowe kosztuje ponad 300zł], piasta biegowa Sachs Torpedo Dreigang H3111, opony Schwalbe Marathon Plus z przodu i jakiś Continental z tyłu - niestety zmurszałe, do tego osłony koła tylnego oraz łańcucha. Pojazd był piękny, niestety miał trochę wad o których później. Nie był tak stary jak przypuszczałem - koło było robione najpóźniej w 1991r., o czym przekonałem się po oznaczeniu na dźwigni hamulcowej torpeda.

Pierwsze prace, jeszcze przed chrztem bojowym, obejmowały montaż lusterka i elektroniki we wcześniejszej wersji. Była to plastikowa czarna skrzynka mocowana za sterami na wierzchu górnej rury ramy. Siedział w niej akumulator, przerywacz kierunkowskazów, wszystkie wyłączniki, prostownik do ładowania i klakson. Obsługa była nieergonomiczna, bo trzeba było sięgać daleko ręką, by coś przełączyć... poza tym było duże ryzyko uszkodzenia mechanicznego, a całość wyglądała dość tandetnie. Urządzenie wymieniłem na dwie metalowe skrzynki - tzw. czarną i białą.


Zbliżenie:


Z drugiej strony. Ale co to za czarna skrzynka?

Widać lusterko, lampę, czarną i białą skrzynkę. Czarna mieści przerywacz kierunkowskazów, akumulator, zasilacz sieciowy, alarm z syreną. Biała - sterowanie i klakson.


Dotąd objechał cztery Masy Krytyczne: [swoją drogą, widoczny chlapacz, centralna podpórka i dynamopiasta]


Pierwsza MK była chrztem bojowym roweru. Okazało się, że urwany był gwint nakrętki mocującej lewą korbę do suportu, i poprzedni właściciel/jakiś mechanior przyspawał ją do wałka. Całość rozpadła się w chwili przyjazdu na pasaż Schillera.

Trasa obejmowała kampusy politechniki i uniwersytetu. O ile na PŁ pojechałem bez większych kłopotów, o tyle na Uniwerku korba już nie chciała się trzymać... trzeba było prowadzić rower. "Patenty" z mocowaniem na taśmę izolacyjną i opaski kablowe nic nie dały. Później zrobiłem ze smyczy na klucze coś w rodzaju "noska" przywiązanego do pedału i kręciłem jedną nogą. Dojechałem na Koziny do Izy, a parę dni później oddałem pojazd do serwisu "Cyklista"... wymienili suport i korbę. Chciałem też, by wymienili opony, ale okazało się, że z tyłu była 700B czyli 635, z przodu - typowa 700C, 622. Z wymiany nici.

Wkrótce kupiłem przez net dużo elementów: piastę tylną Sachs Spectro S7 z oldschoolową manetką-wajchą, dynamopiastę SRAM i-Light D3 na przód, blokadę Axa Defender z łańcuchem i sakwą podsiodłową, mocowanie lampki na stery, chlapacz Bibia Old School, oponę na przód Schwalbe Delta Cruiser, na tył - S. Road Cruiser, jakieś obejmy i osłonę lampy tylnej.

Kierownica od przodu:


Włączona lampa. Ma światła długie i krótkie; przy długich świeci żarówka centralna i boczna, przy krótkich - tylko boczna. Planuję wymianę centralnej na power LED, bo daje mało światła :(
Skrzynki połączone są wiązką przewodów w pancerzu od węża prysznicowego.


Spectro S7. Jeszcze pod marką Sachs, choć już po fuzji z koncernem SRAM. Sorry za brud - rower jeździł trochę po kałużach ;)


Inny widok:


Spectro spisuje się tak sobie - mam problem z przeskakującymi biegami, czasem nie wrzuca jedynki. Na szczęście przy odrobinie wyczucia jeździć się da.

A jakie były kłopoty z montażem... Koła zaplatał mi Two Wheels. Najpierw trzeba było zdobyć szprychy - pytałem u Wićki, pytałem w Piaście, znalazłem na Legionów Dziewiętnaście [tam mają wszystkie pierdółki - nakrętki do torped, szprychy wszelkich długości itd.]. Potem - zaplatanie. Okazało się, że tylna opona zwulkanizowała się z dętką, a felgi były pordzewiałe od środka. Gdybym o tym wiedział, wymieniłbym bez wahania i byłyby dwie 622. Zostały oryginalne. Później okazało się, że nakrętki dynamopiasty były inne niż w starej piaście i trzeba było jechać na kole przednim przymocowanym na opaski kablowe, kupić nowe nakrętki i zmontować jak należy. Odstęp tylnych haków był za mały [Torpedo Dreigang jest węższy niż S7, pamiętajcie! :)], nowa tylna zębatka - większa i łańcuch za krótki. TW nie miał pasującego i trzeba było zostawić stary napęd. Oprócz tego warsztat się zamykał, montaż był przeprowadzany na pełnej i trzeba było parę dni później przysiąść do regulacji... zaopatrzyłem się w rozkuwacz, wymieniłem zębatkę, łańcuch [tym razem dałem spinkę, co bardzo się przydało!], wyregulowałem.

W sumie gdybym się spodziewał kłopotów, pozostałbym przy "kultowym" Dreigangu.

Bezpieczeństwo przede wszystkim - gorąco polecam to zapięcie, szalenie praktyczne:


Biała skrzynka w pełnej okazałości. Widać wzkaźnik napięcia / natężenia prądu: górne położenie lewego dolnego przełącznika pokazuje czy akumulator jest ładowany/rozładowywany, dolne - jaki jest stan naładowania. Poniżej zera - raczej źle. Akumulator ma zabezpieczenie przed nadmiernym rozładowaniem. 

Inne przełączniki: lewy górny - długie/wyłączone/krótkie [lampy tylne i podświetlenie miernika działają w obu położeniach], prawy górny - klakson, centralny dolny - kierunkowskazy [+ sygnalizacja LEDami obok], stacyjka - odłącza zasilanie wszystkich świateł i włącza alarm. Poza tym widać dzwonek i manetkę.


Bardziej ogólny widok na kierownicę:



Siodełko Lepper Primus - równie komfortowe co ciężkie [2kg]. Było wymieniane - we wcześniejszym, model damski [z krótszą "szyjką"], poleciały sprężyny z przodu. Ustrzeliłem okazyjnie za 150zł na Allegro, w stanie idealnym. Sztyca też nowa, wymieniłem z pobudek estetycznych.


Zabezpieczanie roweru: łańcuch przewlekam przez sprężyny, obejmuję nim obiekt-do-którego-wiążę, następnie ramę i wtykam do podkowy.


Rzut oka na detale, w ciut innym świetle:


Szprychówki c.d., oprócz tego widoczna dynamopiasta.


Jeżdżę na nim od maja/czerwca na co dzień. Z poważnych awarii miałem pogięcie prawego tylnego haka ramy [sprasowane zakończenie rury], co skutkowało brakiem naciągu łańcucha po pierwszym lepszym kontakcie z dziurą, krawężnikiem itd. Rama gięła się coraz bardziej :(. Naprawiłem kawałkiem płaskownika aluminiowego, przykręconego obejmą do rury oraz śrubą do haka [przez wywiercony otwór]. Poza tym pewnego razu jechałem przez Manufakturę, zawadziłem pedałem o słupek, zgiąłem prawą korbę. Nowa jest ładniejsza, chromowana. Cacy.
Pod Wektonem na Sienkiewicza rower zawahał się, padł na lusterko i "siedem lat nieszczęścia". Nowe [Piasta, 8zł - identyczne mają w X-Bike'u na Radwańskiej za 12!] jest trochę lepsze, ale nie takie jak chciałem... marzyło mi się chromowane. Wymieniłem osłonki tylnego koła i łańcucha, planuję zmienić błotniki na pasujące, ze złotymi szparunkami i białym paskiem z tyłu.

Obecnie do naprawienia: przyspawać blaszkę do mocowania podpórki i błotnika, wymienić mostek kierownicy + ew. kierownicę. Wajcha hamulca też przydałaby się chromowana - jest aluminiowa...

Całość waży ok. 25kg. Ewentualny złodziej zmacha się taszcząc rower z zapiętą podkową, a jeśli odpali alarm - zwróci na siebie uwagę :).