niedziela, 15 sierpnia 2010

Relacja z Castle Party 2010

Długo zapowiadana.
Jeszcze dłużej odwlekana.
W momencie, gdy zaczynałem pisać te słowa, mijało praktycznie osiem dni i siedem godzin od mojego powrotu do domu. Gdy kończę - mijają dwa tygodnie od Bats Night w Hacjendzie.

Ale, w końcu, robota nie Gołota i nie ucieknie; kiedyś musiał nadejść moment, w którym wziąłem się za pisanie.


CZĘŚĆ PIERWSZA - przygotowania.

Tegoroczny wyjazd do Bolkowa od dawna stał pod znakiem zapytania, gdyż rozważałem Drop Dead Festival, odbywający się w Wilnie w dniach 18-22.08. Pod względem finansowym "uciągnięcie" obu imprez byłoby bardzo trudne; trzeba było wybierać między Litwą a Dolnym Śląskiem. Decyzję odkładałem prawie na ostatnią chwilę; wybrałem Castle Party, gdyż miała jechać pewna panna z Warszawy, z którą chciałem się spotkać... Niestety później się okazało, że z jej wyjazdu nici. Ekipa, z którą podróżowałem na koncerty i poprzednie CP, również w rozsypce. Groziła mi podróż z książką jako jedynym towarzyszem podróży.

Pierwsza sprawa: karnet. Nie kupowałem w przedsprzedaży, bo wybierałem się na DDF, a plany zmieniłem niespodziewanie. Do tego bałem się o kasę.
Spóźniłem się dwa tygodnie z poproszeniem Pinheada o akredytację z ramienia Altergothic - dostali Maria i Andy... ważne, że to solidni ludzie i jestem pewien, że się spiszą.
Zamierzałem wziąć udział w konkursie Trzeciej Strony Księżyca, ale przespałem czerwcową, a podczas lipcowej nie znałem odpowiedzi... Przy okazji usłyszałem kilka kawałków Faith and the Muse, ale o tym później.

Wniosek: karnet trzeba kupić.

Druga sprawa: kwaterunek. Również na ostatnią chwilę. Zapytałem na forum i załatwiłem u Piotrka; wszystko się udało. Nieważne, jak długo bym tam mieszkał - cena 160zł; zdecydowałem się pojechać najwcześniej, jak się dało, czyli w środę.

Skąd wziąć kasę?

Na początku była stówka od początku lipca - za mało. Część dostałem na imieniny, część pożyczyłem, resztę zarobiłem na sprzedaży dwóch niepotrzebnych urządzeń. Ba! Wystarczyło nie tylko na karnet, podróż, kwaterunek, wyżywienie i ze dwie płyty - ale i ciuchy oraz kosmetyki! Przed wyjazdem zrobiłem nalot na łódzkie lumpeksy, sklep z odzieżą żałobną [skądś trzeba było wytrzasnąć woalkę], dworzec kolejowy, Rossmanna i dystrybutora firmy Kryolan. Wbrew pozorom ich produkty nie są takie drogie, a jakość - rewelacyjna, doradztwo fachowe, jestem pełen uznania. Wzbogaciłem się o podkład, puder, korektor i utrwalacz do szminek. Z ciucholandu miałem koszulę w czarno-fioletowe paski [+20 do mroku osobistego] i spódniczkę ze skóry. Taking androgyny to new heights. I tak nici z planu optimum, czyli paradowania po Bolkowie jako skrwawiona panna młoda...

Oprócz tego zmodyfikowałem sobie buty, zrobiłem ostrogi i trochę biżuterii. Już o tym wspominałem.

Z Allegro ściągnąłem drewnianą laskę z gałką, i jakimś cudem dotarła na czas - bardzo się ucieszyłem odbierając przesyłkę...

Spakowałem się. Bagaż był ciężki [skóry ważą, nie?], niewiele pomogło rozkładanie między torbę a batkejw-kostkę, w której trzymałem sprzęt fotograficzny...

CZĘŚĆ DRUGA - wyjazd.

Pociąg o 11:48 z Kaliskiej bezpośrednio do Wrocławia. Na miejscu coś koło czwartej.
Zabalowałem w wannie i z domu wychodziłem - jak to zazwyczaj ze mną bywa - na pełnej galeriance, nie mając pewności, czy aby zdążę na pociąg. Zapomniałem gazu, a raczej żelu, pieprzowego. Taksówką pojechałem na dworzec, wyszedłem na peron, który szczęśliwym trafem okazał się być tym właściwym, i wsiadłem. Zająłem miejsce w przedziale okupowanym przez troje starszych palaczy; ewakuowałem się stamtąd po kilku minutach, gdy towarzystwo wyciągnęło broń, a ja zacząłem się dusić... Zrobiłem mały obchód pociągu; okazało się, że w sąsiednim przedziale siedziała Marta, w której zakochany byłem dwa i pół roku temu. Zainstalowałem się tam, trochę pogadaliśmy, wróciliśmy do swoich książek i podróż płynęła bez przeszkód... Przy okazji wymyśliłem nowe znaczenie słowa "facebook": "facepalm" robiony przy użyciu książki.
We Wrocławiu wypatrywałem pięknej cukrowni na Sołtysowicach. Jakież było moje zdziwieniowkurzenie, gdy zobaczyłem, że z miejsca pozostał jedynie komin i kupa gruzu... Tak więc nie tylko w Łodzi rozwala się cenne zabytki. Ciekawe, czy odbudują... a tak chciałem wybrać się tam na jakąś eksplorację.
Pociąg dojechał do Głównego. Wysiedliśmy, pomagając sobie nawzajem, i udaliśmy się na dworzec autobusowy. Marta kupiła bilety w kasie - w czwartek taki numer by już nie przeszedł, bo coraz więcej ludzi jechałoby do Bolkowa i nie sposób zarezerwować wszystkie miejsca. Wsiedliśmy; przy drzwiach zagadał do mnie h0und, znany z paru forów.

Podróż znów bez przeszkód, z książką w łapach. Wysiedliśmy, Marta poszła na pole namiotowe/wymiotowe ["Fields of the Vomiting"], ja zadzwoniłem do Piotrka i udaliśmy się na kwaterę. Mieszkaliśmy w tych samych blokach, co moja ekipa w zeszłym roku; zaletą miejsca jest bliskość kina [co okaże się ważne, ale o tym później], wadą - duża odległość do sklepów, rynku, zamku. I duża różnica wysokości.

Chwilę posiedziałem, odpocząłem, po czym poszliśmy z Piotrkiem na zakupy... jakieś żarcie, nic specjalnego. Potem przekąsić coś i na zamek, po karnet. Uff, jeszcze były. Koniec zamartwiania się i snucia teorii na temat siedzenia pod zamkowym murem, itepe.

CZĘŚĆ TRZECIA -  zadamawianie się w Bolkowie.

Czwartek. Wstałem coś koło siódmej, obudzony przez rannego ptaszka Piotrka, przestawiającego meble. Próba ponownego zaśnięcia zakończyła się niepowodzeniem, więc wstałem na dobre, zjadłem coś i wypiłem kawę. Dzień upłynął na czekaniu na kilka współmieszkanek [w ciągu całego dnia przyjechało sześć], łażeniu dookoła miasteczka, fotografowaniu industriali, przyrody, cmentarza.

Młyn:


Ślimak(ołak):


Cmentarz:









...a także malowaniu paznokci, zakupach, obiedzie, a wieczorem - before party w Hacjendzie. Właściciel, który niestety niespodziewanie umarł tuż po CP, pogadał z nami przez chwilę, nauczył obsługi szafy grającej. Nic specjalnego, sprzęt jest nowoczesny, komputerowy, na mp3. Żadna tam M123 Foniki albo inna fantastyczna maszyna na winyle, nic z tych rzeczy. Wrzuć monetę - wybierz utwór, dwa albo trzy. O dziwo na dysku była masa porządnej muzyki z lat 80-tych, choćby Pink Floyd, Maanam, Depeche Mode, Genesis... zdziwiłem się i to bardzo, bo myślałem, że w dzisiejszych czasach gusta muzyczne bywalców małomiasteczkowych barów nie wychodzą poza mainstream.

Posiedzieliśmy chwilę w H., przy okazji poznałem Korowiova; następnie poszliśmy do kina, było raczej nieciekawie. Kojarzę VNV, Covenant i takie tam. I tradycyjnie jakiś freak show, którego albo nie było wcale, albo się obsunął na po naszym wyjściu.

CZĘŚĆ CZWARTA - piątek, pierwszy dzień koncertów.

Znów wstałem wcześnie... tym razem obudzony gadaniem dziewczyn. Czekanie na łazienkę. Prasowanie koszul, jedzenie i takie tam. W końcu, chyba po trzynastej, umyłem się, umalowałem [kosmetyki Kryolan są zarąbiste, wspominałem?] i odstroiłem po swojemu. Roboczo użyję tu określenia: Pierwszy Zawoalowany Panien. Miałem zamiar udać się na spotkanie forum Castle Party - niestety, z braku dostępu do netu, nie miałem jak sprawdzić daty i godziny... sprawa się rypła, a szkoda, bo chętnie poznałbym Mańkę.

Przyszedł pewien kolega Piotrka, obaliliśmy pół litra przed koncertami, a potem udaliśmy się na zamek. Po drodze spotkaliśmy Jego Phretęsjonalność, ale nie przejąłem się tym za bardzo...
Weszliśmy na górny dziedziniec zamku. Miejsce tak znajome, choć nie widziane przez cały rok; stragany, bar, studnia, ogrodzona dziura, wieża, wejście do lochu... wszystko tak jak rok temu, tylko gdzie, do cholery, podziała się trumna? Była ponoć przed dwoma laty, i z całą pewnością rok temu. Czemu ją zwinęli - nie wiem, przecież ułożyć się w niej i mieć zdjęcie to kwintesencja lansu na Castle Party ;).
Przed sceną - spory tłumek, były małe problemy z przebijaniem się między ludźmi, a na Wieżach Fabryk obowiązkowo musiałem stać pod sceną.
Według rozpiski schodził The Violet Tribe [niemiecka formacja wykonująca taniec brzucha], miały zagrać Wieże... Okazało się jednak, że była obsuwa i dziewczyny z TVT dopiero miały wystąpić. Muzycznie średnio, nie wpadły mi w ucho. Tanecznie - mogłoby być lepiej, gdyby scena była większa. Ciekawe za to były stroje i makijaż.




Zmiana sceny, dziewczyny schodzą, wchodzi Piotrek, Adam, Studnia...
Przed koncertem pogadałem z Gothycką Muchą, okazało się, że i on działa trochę w kwestii łódzkich zabytków, i bardzo dobrze. Miło poznawać ludzi z tego samego miasta.
Wieże dały czadu. Wszystko brzmiało czysto i porządnie, bez brumów, przesterów, braku tego i owego; nawet mikrofony działały ;). Było co się bawić na koncercie, na ile znałem słowa - to krzyczałem, dawałem wsparcie "swojej" kapeli. A następnie kupiłem płytę "Dym", na której jest trochę nieznanych mi dotąd kawałków ["Kosmos", "Serce"...] jak i znanych ["Litzmannstadt", "Punkt", "Wojna" i in.]. Brak kawałków znanych z żakowskiego dema z 2001r.; niestety żaden z nich również nie poszedł na scenie. Co ciekawe, utwory na "Dymie" również były nagrywane w ŻAKu - dodatkowa promocja :).
Płyta jest krótka ale świetna i okropnie się cieszę, że wreszcie chłopaki wypuścili właściwy longplay.




Odnalazło się trochę ekipy z Altergothic: o ile pamiętam - Adalbert i Jacobsen, Gromosława, Gekon, Myszabella.

Po Wieżach - zgadnijcie - tak... Otto Dix! Zespołu chyba nie trzeba przedstawiać; bywają określani jako "rosyjskie Diary of Dreams", choć brzmią inaczej, są bardzo specyficzni głównie ze względu na wokalist/k/ę. Nie wiadomo nawet, czy Michael Draw śpiewa kontratenorem czy kontraltem, ważne jednak, że ten głos, jak i wizerunek, jest cholernie androgyniczny i to mi się bardzo podoba. Generalnie bardzo mi się podobają "dziwne" techniki wokalne, robienie ze swym głosem rzeczy niebywałych: za przykłady niech posłuży Lucas Lanthier, Diamanda Galas, Klaus Nomi, Emilie Autumn czy Sebastian Madejski [wokalista Beltaine Improved, obczajcie :)].
Michael i reszta, tzn skrzypek i klawiszowca, zdominowali. Fajny image i performance na scenie, kilkukrotne zmienianie wizerunku, trzaskanie z bata i palcata... naprawdę świetna rzecz.








Następnie - Żywiołak, kapela grająca polską muzykę neoludową. Koncertują tu i ówdzie, jeżdżą po całej Polsce, mimo to nie miałem okazji ujrzeć ich do CP... i to było objawienie! W życiu się nie spodziewałem, że grupa mająca w swoim repertuarze folk może zagrać z taką energią, rozruszać całą publiczność i wywołać pogo... no dobra, na brukowanym górnym dziedzińcu jest to utrudnione. Zresztą w kowbojkach na obcasach, bez poduszek żelowych [niewłożenie ich to był duuuuuuży błąd!] nogi już dawały znać o sobie. Tym niemniej koncert będzie jednym z najmilej przeze mnie wspominanych, a to za sprawą nie tylko żywiołowego grania, ale i oświetlenia oraz Roberta Jaworskiego w koszulce Nekromantix [wie, co dobre! :)], z dziwnym instrumentem przypominającym trzymaną poziomo altówkę bez gryfu, bez strun, napędzaną korbą... później się dowiedziałem, że ów generator dźwięków przeróżnych zwie się lirą korbową, a jeszcze później - że należy do instrumentów dawnych, znających jeszcze czasy średniowiecza. Gdzieś tam jeszcze przewinęła się jakaś mandolina albo banjo, djembe i inne nietypowe przyrządy. Ogólnie: bardzo lubię nie tylko nietypowy wokal, ale i instrumenty; czy to ze względu na samą ich istotę [prawie zapomniana lira korbowa, wszystkie "przeszkadzajki" Einstürzende Neubauten], czy jedyne w swoim rodzaju wykonanie [np. trumno-kontrabas Kima Nekromana, skoro już wspomniałem o koszulce Jaworskiego], czy umieszczenie w pozornie niepasującym kontekście [djembe + deathrock? czemu nie... dowód później].







 Nogi bolały jak sto skurczybyków. W międzyczasie uciąłem sobie pogawędkę z Drugim Zawoalowanym Pannem, czyli Pawłem z Warszawy. Oprócz tego przyuważyłem Lorda Darkthepa i R.X.Thamo, czyli czeską formację - Bratrstvo Luny. Pogadałem z nimi po polgielsku, czyli w języku będącym hybrydą polskiego i angielskiego; oni - po czesgielsku, znaczenie tego określenia łatwo odgadnąć. Wspomniałem o Altergothic, o Drzoannie - i dostałem płytę "Goethit". Następnego dnia pogadałem z Drzo, ale nie za długo, bo padła bateria :)

Czas na jeden z koncertów, których odpuścić sobie nie mogłem...
Amerykańska grupa Faith and the Muse - jak to ja mówię, "połączenie deathrocka z Dead Can Dance". Od ostatniej przed CP Trzeciej Strony Księżyca narobiłem sobie na nich smaka, z bloga Pani Nożownik ściągnąłem Elyrię i Annwyn, Beneath the Waves. W tym drugim albumie po prostu się zakochałem. Od pierwszych taktów do ostatnich. Dawno nie było płyty, która mnie tak wgniotła w ziemię, zrobiła piorunujące wrażenie... chyba mogę wspomnieć o "Elodii" Lacrimosy, "Within the Realm of a Dying Sun" Dead Can Dance,"Floodland" Sióstr, "Nocturne" Zuźki i Szyszymór, "Macbeth" i "Krst pod Triglavom / Baptism" Laibacha, "Dante's Kitchen" Attrition, "Octavarium" Dream Theater albo dokonaniom Raison d'etre, Desiderii Marginis... mniejsza z tym, ważne, że kocham Annwyn od początku do końca, album jest zrealizowany świetnie, zagrany z wielką pasją i energią, łączy kawałki folkowe w stylu Dead Can Dance i mroczno-pancurskie; zresztą co się dziwić skoro część składu pochodzi z Christian Death? Oprócz tego fascynujące są słowa piosenek, i o ile te śpiewane przez Williama są "konwencjonalne", bez udziwnień - o tyle Monica lubi dawne języki, np. starołaciński [Cantus], coś zbliżonego do Middle English [Branwen Slayne, wg mnie jeden z najlepszych utworów na A,BtW] i bardzo mi się to podoba.

A jak koncert?
Trzeba wspomnieć, że był to jeden z dwóch występów FatM na bolkowskim zamku - koncert akustyczny. Spodziewać się można było bardziej "folkowego" repertuaru i tak było w istocie, na pewno zagrali Branwen Slayne. Co jeszcze - nie pamiętam... Wrażenia?
Niestety - spodziewałem się totalnego oczarowania, żywiołu, obcowania z czymś potężnym, mistycznym. A tu - średnio, muzyka jakaś niemrawa. Z plusów - bardzo dopracowany image, oświetlenie. I chyba nawet dobre nagłośnienie :).





 I tylko żal, że nie starczyło mi pieniędzy na oryginał Annwyn, Beneath the Waves... album stał się dla mnie na tyle ważny, że bardzo pragnę mieć go w swojej kolekcji.

Nogi mnie praktycznie zabiły. Nie zostałem na The Beauty of Gemina, ani na Qntal. Poszedłem na kwaterę się przebrać, a potem wziąć śliwowicę i pod Mistrza Yodę na spotkanie bat-cave.pl; ludzi było mało, Woodraf i paru zupełnie mi nieznanych. Wychlaliśmy flaszkę, poszliśmy do kina - Absinth i Carl grali gotyckiego rocka, szkoda odpuścić... Już byłem nieźle zzombifikowany, w kinie ciut się pogibałem, a potem odbyłem podróż służbową do stolicy Łotwy.

CZĘŚĆ PIĄTA - Mysterium Passionis, Mortis et Resurrectionis, oraz koncerty i imprezy sobotnie.

Gotyckim zwyczajem, byłem martwy. Przez kilka godzin mogłem zająć wyłącznie pozycję o najniższej energii potencjalnej, czyli - leżeć na materacu; wszelkie próby ruszenia się prowadziły do dyskomfortu. Taki kac nie męczył mnie chyba nawet dwa lata temu, gdy wychlałem z pewną dziewczyną dwie flaszki Sophii na pusty żołądek [od chodzenia w gorsecie się człowiekowi nie chce jeść]. Olałem prysznic i stylizowanie się; nie zdążyłbym do dwunastej, a tu zlot Altergothic... Szedłem mocno nie w sosie, choć już byłem w stanie utrzymać postawę spionizowaną. Po drodze moją uwagę zwrócił motocykl:


 Nowoczesny, wolę pojazdy zabytkowe - ale ma fajne sakwy.

Kolejnym obiektem, któremu zrobiłem zdjęcie, była całkiem "klimatyczna" kiecka, którą wyhaczyłem na drzwiach jakiegoś sklepu albo kiosku:


to z serii "mała rzecz, a cieszy".

Poszliśmy pod Yodę, było kilku ludzi z Altergothic i nie tylko, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, ja się nieco wykurowałem i zjadłem placki ze śmietaną. Poczułem się dużo lepiej. Przy okazji przysłuchałem się komuś robiącemu wywiad z DJ Ergo, rezydentem łódzkiej imprezy SDGE [Synth/Dark/Goth/Electro] - świat jest mały! Zauważyłem, że przyjechała m.in. Vańka z Colaborem oraz Bytheway - w noc z soboty na niedzielę spali u nas na kwaterze. Oprócz tego pamiętam Siadeh, Iscarię, Cold z Axmannem, Marię z Kubą, Gromosławę i Kapelusznika, Gekona, Arachnę, Laylę, Korowiova, Myszabellę i być może kogoś jeszcze...

Z tego momentu nie mam zbyt wiele fotek - tylko tę jedną, na której jest Arachna, Vańka i Layla. Po prostu nie miałem ochoty na cykanie.


Z Myszą puściliśmy się na zamek - Sobowtór wzywał...
o co chodzi? O jedną z pionierskich grup rosyjskiej sceny gotyckiej, czyli Doppelgänger. O ile kawałki na ich majspejsie wydały mi się "grzeczne", o tyle koncert porwał, konkretne granie spod znaku mrocznego punka, deathrocka, batcave czy jak zwał tak zwał. No i ta gitarzystka...

Gdy weszliśmy, nie było kolejek, a dziedziniec był praktycznie pusty. Rzadki widok podczas CP :)


Tu widać lepiej - Mysza z koleżanką obok punktu medycznego.


Zaczęli grać:




Rzeczona gitarzystka w pełnej krasie:


 Po Doppelgänger wystąpiła kalifornijska formacja - Christ vs Warhol. Kilka miesięcy temu wydali EPkę, którą Emila a.k.a. Ice puściła na swojej audycji Nowa Aleksandria w Radiu Afera. Zmiótł mnie szczególnie kawałek "Transmission", który, wbrew pozorom, nie jest coverem utworu Joy Division. Niedawno zjawiła się płyta długogrająca - "Dissent", którą kupiłem na stoisku; przy okazji dostałem zdjęcie grupy i znaczek, trafił na kostkę :)

Dobry koncert, tylko szkoda, że za bardzo nie szalałem bo łepetyna bolała. Towarzycho z jaskini nietoperzy stawiło się tłumnie dumnie:


 Oczywiście zespół też obfotografowałem:



 a potem - miałem okazję chwilkę pogadać, dać pozytywny feedback. Spotkałem też Żabę, gitarzystę The Proof, i zapewniłem, że przyjdę na koncert nazajutrz.

Abstrahując od zespołów, trochę różnych zdjęć publiki. Należę do osób, które więcej pamięci poświęciły muzykom niż bywalcom; w końcu w necie jest tyle galerii, że nie ma sensu dublować.


Zdjęcia nie są w żaden sposób uporządkowane chronologicznie, proszę się nie kierować kolejnością :)




 [tak swoją drogą, podobają mi się te rajstopy z Restyle :)]




...(ob)leśne elfy są wszędzie.
Trochę steampunka - oj, podoba mi się ta gorseto-kamizelka:


 Empiryczny dowód na to, że na CP jeżdżą ludzie w każdym wieku:


 Wracając do zespołów.
Po Christ vs Warhol wystąpiła brytyjska grupa Deviant UK, jakaś elektronika która zupełnie mnie nie interesowała. Koncert przeszedł bez echa, ale obejrzałem.



 W międzyczasie pogadałem z Pawłem o Łodzi; jakaś pani stojąca w pobliżu również pochodziła z Miasta Kominów. Strasznie lubię odnajdywać ziomali :).

Gdzieś tam po drodze wstąpiłem na stoisko Rage in Eden [dawniej War Office Propaganda] i kupiłem The Moon and the Nightspirit - Rego Rejtem. Cudowna rzecz, naprawdę... a jaka pięknie wydana książeczka!

Na scenie pojawiły się dekoracje i weszła jedna z gwiazd-wg-publiczności, włoski metalowy band Theatres des Vampires, zwany przeze mnie Teatrzykiem Wampirków, z wokalistką Sonyą, zwaną Sunią [kreowała się na "gothic bitch", za odzywki czasem miałem ochotę krzyknąć jej "fuck you, you fuckin' fuck!"]. Czas upłynął nie na kontemplacji brzmienia, lecz na konwersowaniu z Myszabellą i chowaniu się przed słońcem pod wiatą przy wieży. O ironio! Słoneczko wychodzi akurat w momencie, gdy na scenie wampirki!



Moja koleżanka z kwatery, Róża, przyjechała do Bolkowa przede wszystkim dla TdV i Behemotha.
 A tak w ogóle to... niech żyje ketchup!

 Kolejnym zaskoczeniem dla mnie był The Cassandra Complex, brytyjska grupa rockowo-elektroniczna, mająca dość różnorodny repertuar. Znał i lubił ich Tomek Beksiński; mnie jakoś nie wzięli gdy słuchałem paru utworów w necie. Mimo wszystko, na scenie wymietli. Charyzma Rodneya [wokalisty], kontakt z publicznością, wielki entuzjazm ze strony tejże, energia... naprawdę wielki szacun!






 Czy jest coś, co miało jeszcze większy wygar?
TAK. A mianowicie Alec Empire, lider Atari Teenage Riot. Grał mocno elektronicznego punka i totalnie rozruszał ludziska pod sceną. Wjazd na pełnej galeriance, nie bierzemy jeńców. Bawili się wszyscy. Ostre pogo. A potem - zejście ze sceny, skok przez płot i crowd surfing; takich akcji na poprzednich dwóch "Kaszlach" jeszcze nie widziałem! Nawet mimo tego, że granie nie trafia w moje gusta, byłem zachwycony.





 Nadszedł ten czas...
Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie grup. Oprócz The Proof, Wież Fabryk, Qntala [z którego, jak już wspomniałem, nic nie wyszło] oraz Faith and the Muse - jechałem dla The Eden House. Zespół mocno spokrewniony z Fields of the Nephilim [wspólny gitarzysta], w Bolkowie wystąpił z Monicą Richards z Faith and the Muse. To miało być objawienie, totalna ekstaza, odpłynięcie... i owszem, koncert odebrałem jako bardzo emocjonujący, jednakże technicznie mógł być zrealizowany lepiej. Oświetleniowiec spisał się na medal, ale akuśtyk spierdolił sprawę dokumentnie. Bas był stanowczo za mocno odkręcony i wpadał w przester, wszystko [razem z moją głową] rezonowało. Niedopuszczalne! Realizator mógłby nagłośnić niedzielne Clan of Xymox ;).

Oprócz tej dużej wpadki - naprawdę dobry koncert. Swoją drogą słuchałem niedawno obu albumów [The Looking Glass, Smoke and Mirrors] zaraz po Elizium FotN. Doprawdy, gitara i bas jak żywo zaczerpnięte z opus magnum Fieldsów... i wcale nie brzmi to jak lichy plagiat, lecz rozwinięcie, nawiązanie do świetnego dzieła. Niektórym nie podoba się kobiecy wokal, no cóż... dla mnie OK, choć gdyby za mikrofonem zjawił się Carl i śpiewał jakieś teksty o Thelemie, mitach Lovecrafta itd., to pewnie spotęgowałoby wrażenia i doprowadziło do transformacji Ciała w Ducha.

I po coś się, Tomku, wieszał? tyle wspaniałej muzyki mógłbyś jeszcze usłyszeć...







 I tylko ten (s)pieprzony bas!

Po Rajskim Domu na scenę weszli jacyś ochroniarze czy antyterroryści w kominiarkach. Dobrze, że nie strzelali do nikogo - za to odkryli przed publicznością swoją tożsamość. A była to włoska Kirlian Camera, zespół, którego wokalistka miała okazję wystąpić przed rokiem pod szyldem Spectra*Paris.

 Co mogę powiedzieć o graniu? Za bardzo przebojowe; jakby przez mgłę kojarzę nastrojowe, piękne utwory KC i właśnie takiego repertuaru się spodziewałem. Poleciały hiciory, publiczność zdawała się dobrze bawić, ja obserwowałem z jakiegoś miejsca z tyłu.

Zdjęcie zaledwie jedno:


Koncert się skończył.
W tym momencie zszedłem z zamku, bo &1 czyli niemiecki And One [Computer - Maschine - Panzermensch] zupełnie mnie nie pociągał. Wolałem wybrać się do kina na aftera napędzanego przez DJów Thunder i Full Fathom Five, puszczających oldskullowe klimaty. Był niejaki Selekos a.k.a. Człowiek-Banan, był Paweł, był wreszcie Woodraf, Michaś, Gothfryd i paru innych, pogo, smarowanie okularów musztardą, kradzieże rzeczy [mnie, na szczęście, nie dotknęły] i świetna zabawa do muzyki Bauhausu, Zuźki, Alien Sex Fiend i innych zespołów starej wiary. To był jeden z bardziej zajebistych afterów, a skończyło się koło wpół do trzeciej, gdy wszedł DJ Simpson i zaczął puszczać jakieś pitu-pitu. Mimo wszystko BARDZO ucieszyłem się, że w tym roku dla każdego coś fajnego, i o ile Hacjenda w piątek i sobotę miała elektronikę, o tyle Kino - gotyckiego rocka. Było jeszcze Sorento, ale nawet nie wiem gdzie to jest. Grali tam muzykę elektroniczną o określeniach tak kuriozalnych jak emo noise, french touch czy - uwaga! - tropical industrial.

To był udany dzień, a raczej dnionoc. Zawlokłem się do domu i kimnąłem. Pamiętam tylko, że Vańka wyganiała Colabora.

CZĘŚĆ SZÓSTA - ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstajemy...

 Nie wiem o której wstałem, zresztą niewiele mnie to obchodzi. Ważne, że wkurzyłem się na dziewczyny, bo zastałem swój ręcznik usyfiony farbą do włosów - organicznie nie znoszę ruszania moich rzeczy bez wiedzy i zgody, potem wszystko ginie i przestaję ogarniać sytuację. Dobrze, że w mieszkaniu była pralka; nakroiłem trochę swojego Białego Jelenia i ręcznik nawet się sprał.
 Prysznic, poprawki lakieru na paznokciach, makijaż...
Dzień należał do ciepłych, więc pełną stylizację odłożyłem sobie na popołudnie. Założyłem skórzane spodnie, oldskullową koszulkę i trochę biżuterii, wziąłem laskę, torebkę, aparat i wybrałem się na zamek, by zobaczyć zespół, którego odpuścić nie chciałem -

Depł Rów.

Czyli The Proof. Pochodzą z Rybnika, na wokalu niejaki Baton, na gitarze - Żaba, przy garach i parapetach Josef. Grają coś, co określają jako "experimental dada gothmacabres", a mnie po prostu kojarzą się z Cinema Strange, Bauhausem czy Virgin Prunes... i tak, uważam ich za zespół grający deathrock, mimo że zdania w tej kwestii są podzielone.
Troszkę się spóźniłem, na szczęście niewiele. Koncert należał do najlepszych, jakie obejrzałem na CP! Widok Batona z lampą oraz kwiatkiem, wizerunek sceniczny, dekoracje, samo granie, słowa - miazga! Wybawiłem się setnie, tańczyłem, odstawiałem różne harce ze swoją laską [jak to brzmi ;)], śpiewałem i przez długi, długi czas byłem bardzo rozentuzjazmowany. Tylko czemu, do licha, powtórzyła się taka sytuacja jak z Cinema Strange dwa lata temu - czyli koncert na początku dnia, w pełnym słońcu, przed którym czasem zmuszony byłem uciekać pod wiatę? Gdyby TP, jak i CS, wystąpili po zmierzchu, najlepiej w warunkach klubowych, kameralnych - całość byłaby o kilka rzędów wielkości lepsza.

Nacykałem pełno zdjęć, niestety nie zmieniłem parametrów ekspozycji od soboty i zostało ISO1600, przysłona 4, czas 1/125 albo 1/90 - co oznacza, że wszystkie kadry poza jednym, już po poprawie, umarły na prześwietlenie. Obróbka nie była ich w stanie uratować.

 Very fuckin' demotivational!


 Po koncercie poszliśmy z Myszą szukać nowej płyty - "Galeria Złudzeń". Woodraf miał bardzo tanio, po 15zł, ale dysponowałem pięćdziesiątką i nie było z czego wydać. Kupiliśmy na straganie z płytami cepowymi, niestety o jedną trzecią drożej... xuj z piątakiem, najwyżej nie będzie jednego piwa.

Na innym stoisku kupiłem Quatorze Exemples Authentiques du Triomphe de la Musique Decorative, As Demonstrated by Cinema Strange. Musiałem! Nawet mimo tego, że kosztowała 60zł. Więcej płyt, z braku kasy, nie nabyłem. Żałuję tej Annwyn...

 Czeska grupa Alvarez Perez wystąpiła po Dowodzie, niestety nie wzbudzając u mnie entuzjazmu... jest za to trochę zdjęć.





 Kolejną kapelą był piotrkowski Daimonion, również gotycki rock "zajeżdżający" nieco Fields of the Nephilim. Podobało się, choć wg mnie mogło być lepiej, bardziej energicznie. Z drugiej strony się nie dziwię - słoneczko... Kilka kawałków znałem i dobrze się przy nich bawiłem, ale wykonanie studyjne odpowiada mi bardziej.



 Przy okazji Myszabella poprosiła mnie o małą sesję zdjęciową, której efekty zamieszczam poniżej:





 Burleska - fajna rzecz :)

Zdjęcie publiczności:


 Lateksowe kiece - też fajna rzecz.
 A tak w ogóle Cold w swojej wyglądała zajebiście! :)

Jako następni wystąpili Noisuf-X, napierdzielektro, zarządzam ewakuację i zdobywanie pożywienia. Poszedłem z załogantami na pizzę; zjedliśmy, a potem skoczyłem do domu i ostatecznie się wystylizowałem. Wróciłem na zamek na czas; nie grał jeszcze

Faith and the Muse, elektrycznie

- tego nie mogłem odpuścić! Świetny wizerunek, instrumentarium [cztery ogromne djembe, jakieś banjo czy co, wiolonczela, instrumenty elektryczne], skład się poszerzył o muzyków Christ vs Warhol. Kombinowanie grup to w sumie fajna sprawa; w zeszłym roku mieliśmy coś takiego na przykładzie Svena Friedrichsa, który wystąpił w "macierzystej" kapeli Dreadful Shadows oraz w swoim projekcie - Solar Fake. Poza tym, z tego co pamiętam, DJował w Hacjendzie albo w Kinie.

Teraz mieliśmy bardziej skomplikowane łączenie - FatM i TEH "zazębiały się" o Monicę Richards, CvsW i FatM o gitarzystę i basist(k)ę, poza tym niektórzy muzycy DJowali.

Samo brzmienie było ledwie OK. Również brakowało wygaru takiego jak na Annwyn.
Wejście z Bushido, był Battle Hymn, co jeszcze - już nie pamiętam...







 Podczas tego koncertu słońce zaczęło zachodzić... na kolejnym występie było już ciemno.

Anne Clark gościła na bolkowskim zamku przed dwoma laty. Mnie jakoś tak sobie przypadła... Stałem gdzieś w publiczności. Koncert był dobrze oświetlony:





 W publiczności znalazłem Trzeciego Zawoalowanego Panna, czyli Stevena, pewną uroczą mroczną drag queen z poprzedniego roku. Porozmawialiśmy o różnych rzeczach. Postaliśmy jeszcze przez całe Clan of Xymox i zeszliśmy z zamku. Oj, od zeszłego roku stracił dużo swojej urody, wypadło mu ciut włosów i po zdjęciu toczka przypominał... Betelgeuse. Betelgeuse? Betelgeuse!

Doszły mnie słuchy o Dodzie przewijającej się gdzieś tam po miasteczku, na zamku... mnie to generalnie pierdzieli.

Jakkolwiek nie jestem maniakiem Zajmoksów, występ mi się podobał... widziałem ich w marcu 2008r. w łódzkiej Funaberyi.
Wystąpili bez basistki, miała jakieś problemy ze zdrowiem. Ech, tu by się przydał akustyk, który "robił" The Eden House. Nie naszkodziłby tyle. A może to ten sam? cholera, nie wiem.
Repertuar? Grali hiciory w rodzaju Farewell, There's No Tomorrow, Agonised by Love i parę innych, których nie kojarzę po tytule, ale pamiętam jak to brzmi. Dobry, naprawdę dobry koncert.






 Miałem zamiar zostać na Behemothu, ale zostałem uwiedziony przez Stevena i zszedłem z zamku. Ponoć koncert - pełna profeska, pod sceną młyn, Decade of Therion a.k.a. Kaka Demona, zajebiste nagłośnienie, dekoracje i pirotechnika... i tylko współczuć Nergalowi, że zachorował oraz życzyć mu rychłego powrotu do zdrowia, bo facet naprawdę przykłada się do swojej roboty.

Przewijamy taśmę o parę godzin w przód...
wróciłem do domu, przebrałem się, częściowo spakowałem, napiłem się kawy i około trzeciej zaszedłem do Hacjendy. Za sterami siedział Einar, puszczał jakieś shity w rodzaju Mansona, Dope Stars Inc. itd; generalnie spodziewałem się porządnej batkejwówki a tu nic. Wyszedłem, przy stoliku spotkałem ekipę z kwatery, trochę z nimi posiedziałem i się zwinęli. Ja zostałem; pogadałem z paroma ludźmi [Żaba, Baton, Michaś, jego Kochana i Niewidzialny Różowy Jednorożec, Paweł, jedna z dziewczyn z Łodzi, Justyna, Gothfryd i Mysza], napiłem się turbocoli i wróciłem do środka. Sytuacja uległa poprawie odkąd za stołem usiadł Gothzilla a.k.a. Polgard - swojskie klimaty wróciły, szło potańczyć, bawić się aż do piątej z okładem. A potem martwić się o powrót ;).

CZĘŚĆ SIÓDMA - au revoir...

Miałem mieć podwózkę do Łodzi samochodem. Niestety, nic nie wyszło, osoba nie odbierała telefonu ani nie odpowiadała na SMS-a... został autobus. Było za późno na ten o 9:05; pozostawało albo podczepić się pod Zbyszka lub Martę i jechać razem - albo podróżować samemu, co mnie nie pociąga. Okazało się, że Zbyszek jechał samochodem i mieli komplet miejsc, a Marta nie odbierała... Posiedziałem trochę z ludźmi na kwaterze, zamieniłem się z Różą: ja dałem jej jedną ze spódnic, ona mnie - singiel The Beauty of Gemina. Wyciągnąłem pieniądze z bankomatu i znów posiedziałem, podumałem. Około dwunastej ruszyłem na przystanek PKS, z pomocą kolegi zabrałem toboły. Autobus czekał na pasażerów i miał wolne miejsca siedzące, wpakowałem się i ruszyłem do Wrocławia, rozmawiając z pewnym biologiem z Gdańska.

We Wrocławiu miałem małe problemy, bo omal nie zgubiłem fraka leżącego na wierzchu torby podróżnej, dworzec przechodził remont i trudno było cokolwiek znaleźć, hala była duszna i mdlałem... Zauważyłem jakiegoś faceta w koszulce Halotan Records - jak widać, promocja się kręci. Zjadłem coś i udałem się na peron; pogadałem z dwiema dziewczynami ze Śląska, aż nadszedł Paweł i udaliśmy się do pociągu Wrocław - Łódź - Warszawa Wschodnia. Czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał! Poszliśmy do wagonu specjalnego, składającego się z trzech przedziałów: jednego bagażowego i dwóch osobowych po 20 miejsc. W środku siedziało, poza mną, 18 osób raźnej mrocznej ekipy z Warszawy. To MUSIAŁO robić wrażenie na osobach postronnych. Było nam wesoło, gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki z Ixowego samograja, jedna z dziewczyn doczepiła na drzwiach kartkę "Witamy w jaskini mroku!", jeden facet wystąpił, ku ogólnej uciesze, jako komik i parodiował różnych prezenterów, polityków itd. Było, co by tu nie mówić, zajebiście. I tylko żal mi, że moja podróż trwała dwie godziny krócej niż pozostałych...

Train of the dead!




A potem pożegnać się, jakoś zawlec toboły na przystanek, wsiąść w autobus, jechać do domu, rozpakować się i puścić nabytki.

Wspomnę raz jeszcze, co nabyłem:

Wieże Fabryk - Dym
The Proof - Galeria Złudzeń
Christ vs Warhol - Dissent
The Beauty of Gemina - Sacrificed to the Gods, singiel
The Moon and the Nightspirit - Rego Rejtem
Quatorze Exemples Authentiques du Triomphe de la Musique Decorative, As Demonstrated by Cinema Strange
Bratrstvo Luny - Goethit