niedziela, 19 września 2010

Zmartwychwstaję.

Potrzeba dodawania nowych wpisów nachodzi mnie rzadko - za to kiedy już chwyci, to nie puści...
Także tym razem.

Mamuśka wraz z ciechanowską rodziną wyjechała w poniedziałek 6.09 do Chorwacji, więc przez dwa i pół tygodnia siedziałem w domu z ojcem. Z racji jego indyferentyzmu miałem niemalże całkowitą swobodę: można pójść na imprezę i wrócić rano, puszczać muzykę w nocy z rozsądną głośnością [=(df) taką, że coś słyszę: potrafię rozróżnić dźwięki, wychwycić niuanse brzmieniowe, nacieszyć się granym piano fragmentem dynamicznego utworu - a jednak nie przeszkadzam śpiącym sąsiadom], stylizować się trochę bardziej niż zwykle i eksperymentować z makijażem, zaprosić kogoś... Jak mnie minął ten czas?
Sesję poprawkową mam z głowy; w poniedziałek był cząstkowy egzamin z podstaw technologii polimerów. Zdałem, choć się tego nie spodziewałem... Jak się okazało, tego samego dnia było też kolokwium z EPR, podczas gdy myślałem, że będzie nazajutrz. Naukę w domu, z podręcznika Stach-Kirmse, skutecznie obrzydzał mi formalizm operatorowy, hamiltoniany, notacja braketowa Diraca i inne meandry mechaniki kwantowej. Ble. Nic dziwnego, że oddawałem się słodkiej-złudnej prokrastynacji grając, majsterkując, rozmyślając itp. Przed egzaminem lub kolokwium na naukę zawsze *będzie* czas, ale post factum okazuje się, że nie *było* czasu. A tu ni z gruchy ni z pietruchy zaliczenie jest wcześniej, niż myślałem, że będzie...
Tego dnia lało niebywale, Obiekt-Powszechnego-Podziwu w czerni i chromie z Holandii rodem rdzewiał sobie w stojaku przed Instytutem Technologii Polimerów i Barwników, a ja siedziałem przy stole nad notatkami pożyczonymi od koleżanki, z nadzieją, że przez te cztery godziny zdołam nauczyć się do kolokwium. Jak się okazało, dostałem 4.5 i bardzo się ucieszyłem. Analiza instrumentalna już mi nie grozi. WF też. Hurra.
Dygresja: coś się obawiam, że w tym roku kwantówka wróci pod postacią modelowania molekularnego - ale cóż, przeżyję, nie takie rzeczy przechodziłem, a jak to Nietzsche twierdził: "co cię nie zabije, to cię wzmocni". Bardziej zacieram sobie rączki na laboratorium przeddyplomowe: syntezowanie pigmentów, mieszanie z różnymi ingrediencjami by w rezultacie mieć czym umalować sobie paznokcie, oczy czy usta.
Reszta spraw na polibudzie poszła dobrze, załatwiłem praktyki, badania i jestem na piątym roku.

W piątek 10.09 wybrałem się do dawno nieodwiedzanego lokalu, czyli La Foufoune; spotkałem Ewę, Kubę i parę nieznanych młodych gąb, napiłem się piwa, kawy i siedziałem do piątej. Było zimno jak cholera, a ja pedałowałem 7km do domu w T-shircie i bojówkach. Cud, że nie kaszlę i nie mam kataru :).
16.09 zrobiłem to, co zamierzałem od dawna: wystylizowałem się [spodobałem się jednej z sąsiadek - cieszy komplement na starcie, podczas gdy jedyne, czego się spodziewałem, to komentarze / śmichy chichy / coś tam jeszcze ze strony Prawdziwych-Mężczyzn i nowomodnych pustych lasiuń :)], wsiadłem na rower, obskoczyłem parę sklepów z ciuchami i poprzymierzałem różne rzeczy. Np. w Andy Fashion na Rojnej widziałem cudną kurtkę/żakiet ze skóry, z klapami i stójką niczym w moim dawnym mundurku [ale bez lampasów :)]. Rozmiar L pasował na mnie jako marynarka i miał bardzo fajne wcięcie w talii, co bardzo lubię. Szkoda, że nie zapytałem o cenę...
Odwiedziłem wreszcie Anię Marusarz - krawcową, która współpracuje z warszawską projektantką Jagodą Piekarską, która z kolei pracuje dla Ochnika. Namiar dostałem od Jagody; gadaliśmy trochę na wernisażu Fotofestiwalu. Dziewczyna jest bardzo przyjazna i uszyje ze skóry praktycznie wszystko. Zamówiłem cylinder, będzie kosztował 150 - 200zł, czyli prawie bezcen. Dla porównania, sprowadzanie z Australii przez eBay wyniosłoby mnie ponad 500zł. Termin realizacji - październik; być może nacieszę się już na wernisażu Łódź Design.
W jednym lumpeksie "czeka na mnie" elegancki skórzany żakiet, który po przeróbce przodu mógłby przypominać frak. Świetnie pasowałby do spódnicy. Tylko ta cena - sto pięćdziesiąt... mam nadzieję, że go zdobędę, zanim ktoś inny sprzątnie. Przymierzyłem ciucha z "docelową" resztą i efekt bardzo mi się podobał.
Miałem zamiar spotkać się z Kingą - nie wyszło... trzeba kiedy indziej.
Wieczorem zajechałem do ŁAC, umalowałem się, rozstawiłem sprzęt i zrobiłem małą sesję. Mimo wszystko wolę być fotografowanym przez kogoś innego, kto zna się na rzeczy, daje feedback i wie, czy robione w danym momencie zdjęcie jest ostre i dobrze skomponowane. Z autoportretem jest gorzej; złe nastawienie ostrości - jak teraz - potrafi wkurzyć niemiłosiernie, ale może co fajniejsze kadry będą nadawać się do publikacji.
Zgarnąłem aparat, zostawiłem statyw i szkła [wezmę kiedy indziej], pojechałem do Fufu... tym razem zabawa zupełnie inna niż w sobotę, swoim stylem zrobiłem na paru ludziach wrażenie. Niejaki Marek stawiał mi drinki, pogadaliśmy sobie i zeszliśmy do Antraktu. Spodziewałem się jakiejś speluny, ale lokal nie był zły; do tego odbywała się jakaś osiemnastka, a barmanka kończyła 25. Znowu drink i szampan. Poza tym kręciło się parę urodziwych panien i pannów, jeden chłopak miał koszulkę "Ztraceni v Karpatech" zespołu co poniektórym Czytelnikom znanego, i zamieniliśmy słówko... niestety, wbrew moim przypuszczeniom, nie był to osobnik mocno zasiedziały w klimatach, ale i tak było miło. Wróciliśmy do Fufu, kolejny drink, Marek chciał mnie wyciągnąć na Manufakturę ale nie miałem ochoty, zostałem i pogadałem z paroma ludźmi. Z pewnymi przyjezdnymi z Radomia porozumiałem się na piśmie [są głuchoniemi] - zacząłem rozważać naukę języka migowego. Przyszedł jeden facet z klimatów, z którym widziałem się parę razy, ostatnio w Bolkowie w czwartek i miałem wątpliwości, czy to na pewno on. Nie wierzę w swoją umiejętność rozpoznawania osób.
Z Fufu wyszedłem przed trzecią, bo było mało ludzi i lokal się zamykał. To nie piątek czy sobota.
Fetyszystów ortalionu nie napotkałem. Ba! na ulicach nie było nikogo. Wracałem w pełni wystylizowany, potem jeszcze poeksperymentowałem, obskoczyłem net, zmyłem barwy wojenne Naczelnego Antyfaceta Miasta Łodzi i poszedłem spać :).
Piątek upłynął pod znakiem siedzenia w domu, grania w Planescape: Torment [o tym zaraz], czekania na matkę... niestety, wbrew temu, czego się spodziewałem, wróciła wcześniej. I ja żałuję, i ona. W Chorwacji pogoda odpowiadała jej lepiej. Tak więc wróciłem do szafy, czekałem i grałem.
Dzisiaj byłem umówiony z Martą i Agatą na sesję - niejako "służbową", bo udzielałem wywiadu do książki o nieszablonowych / queerowych osobach. Zamierzałem odwołać z "powodów rodzinnych", ale wszystko poszło jak należy. Dziewczyny przyjechały, ubrałem się i zgarnąłem rzeczy, wsiadłem do auta i wszystkie ruszyłyśmy. W mieszkaniu przystanek na dostylizowanie się, makijaż i te sprawy; umazałem swój blady ryjek Kryolanami [biorę własne, trafienie na kogoś mającego odpowiedni odcień jest praktycznie niemożliwe], reszta była dziełem Marty. Wyszło super - mam punkt wyjścia do przyszłych poszukiwań. Jasny cień na powiece i czarny na zewnątrz, dużo mascary, a eyeliner niekoniecznie.
Wszystko prawie na pełnej qrvie, by nie stracić oświetlenia...
Zmieniłem buty i ruszyłem z Agatą na pierwszą sesję pod Galerię. Jakaś pani: "czy pan jest mężczyzną, czy kobietą?" - doprawdy zdumiewające; przecież jej pytanie było odpowiedzią. Ja jej: "kobieczyzną". No tak, teoria queer nie jest czymś, o czym słyszy dużo ludzi.
Następnie - lokalizacje według mojego pomysłu. Pierwszym była brama zakładów I.K.Poznańskiego, w PRLu - im. Marchlewskiego, po transformacji ustrojowej - Poltex, a obecnie Manufaktury. Zmieniłem buty, doczepiłem do kapelusza tiul kupiony za piątaka w lumpeksie, poszliśmy. Radziłem sobie świetnie; coś czuję, że mam intuicję jako model i warto pociągnąć to dalej. Nie profesjonalnie, lecz z zamiłowania... nie ciągnie mnie do agencji, mainstreamowa moda mnie zniechęca, zdecydowanie wolę stylizować się sam, według własnych pomysłów. Zdjęcia się udawały, i jedynie pewien wielce odważny pan krzyczący z okna jadącego samochodu oraz fetyszyści ortalionu mogli wzbudzić niesmak. Grupka krzyczała: "Ale komedia!", na co ja odpowiedziałem: "Boska. Czytaliście?", po czym sarkastycznie: "Pytanie retoryczne".
Po Manufakturze pojechałyśmy na Stary Cmentarz, i chyba z tych zdjęć jestem najbardziej zadowolony. Wyszperałem bardzo wdzięczne miejsce - grobowiec rodziny Geyerów. Oświetlenia starczyło, tylko pod koniec umierały mi nogi. Nie byłem przygotowany na botki na 11cm obcasach, kupione w 2008r. w lumpeksie na Jaracza za złotówkę :).
Tak w ogóle każdy z nas będzie kiedyś bezgranicznie tolerancyjny. Nawet dla karmiących się nim robaczków. Dlatego wolę cmentarze - w Polsce to prawdopodobnie jedyne [poza branżowymi / przyjaznymi lokalami oraz instytucjami kulturalnymi] miejsca, gdzie większości osób wszystko jedno, jak ktoś wygląda. Niestety, trudno z kimkolwiek pogadać...
Wróciliśmy do Marty; na miejscu było parę jej uczennic, w tym Majka. Muszę się z nią bliżej zapoznać...
Barwy wojenne zmazane, herbata wypita, czas wracać do domu, obskoczyć net, wrócić do Tormenta, a "na dniach" - zrzucić foty z 5D i przejrzeć, cenzurować, publikować...

Moje fascynacje:

1. Faith and the Muse. Kalifornijski zespół grający "krzyżówkę deathrocka i Dead Can Dance". Duet Williama Faitha, Moniki Richards, do tego paru innych muzyków [m.in. basistka Christ vs Warhol]. William, o ile mi wiadomo, wywodzi się z Christian Death.
Albumy? "Elyria", "Annwyn, Beneath the Waves", "Evidence of Heaven", "The Burning Season", ":ankoku butoh:". Szczególnie interesujący jest pierwszy, drugi i ostatni... koniecznie trzeba przesłuchać. ABtW rzucił mnie na kolana za pierwszym i każdym kolejnym razem. Dzięki wielkie należą się Pani Nożownik, bez której bym tego nie poznał...

2. Roseland. Projekt Tylera Batesa i Azam Ali; coś przepięknego i absolutnie miażdżącego system. Muzyka wzrusza mnie do szpiku kości. Polecam wszystkim gorąco, i znów dziękuję Kobiecie ze Stalowym Ostrzem...

3. Planescape: Torment. Stary cRPG z 1999r., czyli niewiele młodszy od kochanego przeze mnie Fallouta. Przechodzę pierwszy raz, i muszę przyznać, że rozgrywka jest świetna. Grafika - co zrozumiałe - w dzisiejszych czasach nie powala, ale dla mnie nie jest to najmniejszy problem, bo preferuję gry "mające swoje latka"... przynajmniej nie trzeba szaleńczo gonić za megahercami i gigabajtami. Mój PIV 3GHz + 2GB RAM + zintegrowana karta graficzna daje radę z palcem w nosie, choć Fallout 3 mimo najszczerszych chęci nie pójdzie. Muzyka - autorstwa Marka Morgana, tego samego, co komponował do Falloutów. To MUSI być dobre.
Rozgrywka? POTĘŻNY atut gry. Nie poznałem całej fabuły - jestem niemalże na początku przygody - ale już mogę powiedzieć, że jest świetna. Epicka, we właściwym tego słowa znaczeniu, nie tym spaczonym przez współczesną popkulturę. Cudowna nieco archaiczna angielszczyzna [preferuję oryginalne wersje językowe, choć ponoć spolszczenie Tormenta jest chlubnym wyjątkiem i ze względu na przekład, i na dobór aktorów podkładających głosy] oraz specyficzny dialekt, zróżnicowanie języka różnych ras/kultur w świecie gry [Githzerai...]. Skojarzyło mi się z serią Kinga o Mrocznej Wieży - tam również porozumiewano się skonstruowaną przez autora gwarą.
Poza tym to, co tygrysy lubią najbardziej: treść, fabuła, przekaz, jakkolwiek by tego nie nazwać. Gra jest mocno filozoficzna, trzeba się zastanawiać, dokonywać wyborów. Cel? Zagadnienie tożsamości, odkrycie kim się było i konstruowanie tego, kim się jest, czasem niemożność uwolnienia się od przeszłości. Drogi osiągnięcia - niezliczone, efekty - różne. NPCe zresztą też "od Sasa do lasa", mamy kilkanaście ras pochodzących z różnych płaszczyzn, z których każda ma inne "nastawienie" [a jest ono dwuwymiarowe, np. chaotyczne i dobre, neutralne i złe, prawe i neutralne], jedni z drugimi się nie lubią i zwalczają. Co fakcja to inny system wartości, sposób pojmowania świata, kosmogonia, poglądy na organizację życia społecznego... możemy wybrać, z kim się bratać, i wpłynie to na przyszłość naszej postaci, będzie miało różne konsekwencje. Podobny motyw występował w Falloucie 2, ale w Planescape jest jeszcze silniej zaznaczony, głębszy. W Arcanum też jest, ale - jak w FO2 - mniej silny. Oprócz głównego wątku jest zatrzęsienie questów pobocznych, praktycznie niemożliwe jest wykonanie wszystkich w jednej grze, bo zależą od nastawienia bohatera, podjętych wyborów, obecności takiej czy innej postaci w drużynie, posiadania określonych współczynników, przedmiotów itd. Te ostatnie też są ciekawe - np. bardzo pomysłowa jest wymienna gałka oczna Bezimiennego, zdejmowane tatuaże, kolczyki mające określoną moc ["standardowe" pierścienie i bransolety też są], igła i nitka. Wiele by wymieniać. Wkurza za to inwentarz - liczba slotów na przedmioty jest ograniczona i czasem mam niezły dylemat, co brać, a co zostawić, gdy wszyscy członkowie są zapchani.
Postacie mogą mieć różne klasy, np. wojownik, mag, ksiądz. Zafiksowana jest rasa Bezimiennego - człowiek, i płeć - mężczyzna [don't you think it's a bit sexist? ;)]. Początkowo jesteśmy wojownikiem, ale u różnych osób możemy się "przekwalifikować", niestety tracąc punkty doświadczenia. Trochę szkoda, że przez kilka pierwszych poziomów byłem wojem, bo nie odkryłem jeszcze, jak zostać czarodziejem...
a skoro o wizardach mowa, ciekawy jest system czarów. Wchodzimy w księgę i wybieramy, które chcemy zapamiętać, odpoczywając uczymy się i dopiero wtedy możemy rzucać. Coś jak nauka do egzaminów ;).

Konkluzja: Torment to nie RPG, które można rozwinąć jako "Rabować, Palić, Gwałcić" [i expić na potworkach], lecz gra, przy której nie obędzie się bez czytania i rozumienia dużej ilości tekstu. Minimalna inteligencja - 6/10 ;).