sobota, 30 października 2010

Po Masie




Masowaliśmy dwa oddziały Muzeum Sztuki [ms1 - Więckowskiego, ms2 - Manufaktura], okolice domu Wł. Strzemińskiego, Stary Cmentarz oraz ASP. Przejazd był bardzo udany, zgłosiło się trzystaparędziesiąt osób. Mniej niż poprzednio, być może przez wyjazdy, chłód lub tzw. koniec sezonu, w który sporo osób wierzy.

Zdjęcia z MK są trudno dostępne, ale może ktoś coś wrzuci. Ruszaliśmy po ciemku i trudno było fotografować.

A dla osłody...


Wymowne. Dziewięć rowerów, zmieszczą się jeszcze ze trzy.

Park(ing) Day Kraków, 17.09


Link do zdjęcia - http://www.flickr.com/photos/magama/4999326886/in/pool-970386@N22/

czwartek, 28 października 2010

Sesja 18.09

Po przeszło miesiącu mam zdjęcia. Agata zna się na rzeczy, spędziliśmy wspaniale czas, mimo że się ściemniało i wszystko robiliśmy w pośpiechu. Najpierw zabrała mnie do siebie, "upaprałem" ryjek, Marta nałożyła cienie, ja - maskarę i szminkę.



Przebrałem się i ruszyliśmy pod Galerię... jedna pani nawet pytała: "czy pan jest kobietą, czy mężczyzną". Interesujące. Przecież odpowiedziała sobie w presupozycji :).


Jedziemy pod Manufakturę. W samochodzie zmieniłem buty i doczepiłem do kapelusza tiul kupiony w lumpeksie :). Oczywiście nie obyło się bez reakcji tzw. Prawdziwych-Mężczyzn, oczywiście zapuszkowanych w autach, wykrzykujących coś przez otwarte okno - by, w razie czego, móc szybko uciec. Paru spławiłem jakąś aluzją do literatury i ironicznym komentarzem.



Kilkaset metrów dalej jest jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Łodzi - Stary Cmentarz. W sumie najprzyjemniejsza część całej sesji. Zmarli są bezgranicznie tolerancyjni... zresztą nawet gdyby mogli się czepiać, to wątpię, by ludzie tego formatu chcieli uciekać się do tak prymitywnych metod.

Swoją drogą, remont przechodzi kaplica Scheiblera. Nareszcie! Należało się jej. Być może wypuszczę się tam z aparatem.





I, moim zdaniem, najlepsza - bardzo retro... czerń i biel mi nie wystarczyła, przerobiłem na sepię :).


Ciuchy: kamizelka z pracowni kuśnierskiej ul. Więckowskiego; płaszcz, marynarka, spodnie, zegarek, rękawiczki, laska - Allegro. Buty, koszula, kapelusz+wstążka+welon - SH. Krawat - robiony na zamówienie w bramie przy Piotrkowskiej w okolicach katedry.

Makijaż: podkład - Kryolan Ulta-Fluid Foundation, puder - Kryolan Anti-Shine Powder, cienie i maskara bardzo fajne nie wiem jakie :(, pomadka też. Gdyby nie pośpiech, byłby pełny mejkap. Eyeliner, podmalowane brwi i konturówka oraz błyszczyk na usta :).

Zdjęcia poszły na Maxmodels i dA - nick ten sam, łatwo traficie :).

Zdjęcia z Fashion Week dalej czekają na obróbkę. Wieczne odwlekanie to moje powołanie.

środa, 20 października 2010

Inspirująca fotografia...

na stronie Wólczanki http://www.wolczanka.com.pl/


Doceniają cycle chic! Uwielbiam tę geometrię, BTW. 

A ja - w łóżku, z zapaleniem krtani. Niezbyt fajny partner.

niedziela, 17 października 2010

ŁESK2016, Łódź Design i FashionPhilosophy Fashion Week Poland

Łódzki październik obfituje w wydarzenia. Po pierwsze, eliminacje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016... jak wiadomo, Łódź odpadła. Nie będę ukrywał: jest mi z tego powodu żal, zrobiliśmy dużo, jestem wdzięczny Krzysztofowi, Hubertowi, Wojtkowi, Patrycji, Łukaszowi, Michałowi i całej rzeszy osób, których nie znam/nie pamiętam, jak również "szeregowym" Łodzianom, którzy zainteresowali się tematem, przychodzili na imprezy i pikniki, wspierali akcję, promowali rower jako środek transportu w mieście. Mimo braku tytułu, będzie dobrze; nie zrażamy się. Może trochę trudniej o finanse i promocję, ale na pewno damy radę. EC1 i ŁAC się wyremontują, a Design, Fotofestiwal, Fashion Week, FD4K i inne imprezy będą się odbywać.
Kocham Łódź, jestem lokalnym patriotą, czuję się związany z tym miastem, jego zabytkami, niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka pięknem, oraz częścią mieszkańców. Temu ostatniemu zresztą trudno się dziwić, mamy aż zanadto ludzi omamionych niskich lotów popkulturą, nie podejmujących głębszej myśli czy poszukiwań, reagujących na dotąd nieznane osoby/rzeczy/zjawiska/sytuacje agresją [tak, Prawdziwe Mężczyzny z Marsa, to o Was mowa!] lub chichotem [tu już mamy parytet, lub nadreprezentację Wenusjanek], uzależnionych od alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Amsorry. Tu mała dygresja: jechałem wczoraj swoją LH na nocny przejazd rowerowy; pech chciał, by przed Manufakturą spadł łańcuch. Jeszcze większy pech chciał, by podczas próby naprawy zginęła zawleczka od spinki... rowerem nie dało się jechać, zaprowadziłem go do Fufu i odbiorę w poniedziałek/wtorek, gdy będę miał nową spinkę. Wracałem tramwajem. Kilka siedzeń za mną jakiś chłopak rozmawiał głośno ze swoją towarzyszką... oprócz nader częstego używania tzw. "brzydkich słów" [co sugeruje poważne ograniczenie językowe - nie miałem powodów, by uznać, że wulgaryzmy używane były rozmyślnie, np. w celu zwiększenia ekspresji wypowiedzi], znamienny był typ rozrywek, którym rzeczony jegomość się oddawał. W sumie nie rozumiem fenomenu chodzenia do klubów, tzw. wyrywania lasek, upijania się w sztok by nic nie pamiętać i wracać do domu na czworakach. Wolę z kimś pogadać, poprzeglądać blogi/fora, sfotografować coś/kogoś ciekawego bawiąc się oświetleniem i kompozycją, posłuchać czegoś, wziąć się za książkę [oj, atramentowe łzy tęsknoty leją się z półek... trzeba wrócić do czytania], wybrać się na koncert/festiwal, obmyślić jakieś nowe urządzenie lub poeksperymentować z ciuchami. Od czasu do czasu też wypić - ale niewiele; mnie chodzi o wstawienie się i lepsze samopoczucie, większą śmiałość i otwartość w kontaktach z innymi, a nie tzw. zgon. Cóż, masa różnych rzeczy do robienia.

Przygotowania do pracy magisterskiej czas zacząć. Temat: "synteza i aplikacja nowych pigmentów kosmetycznych"; generalnie chodzi o wyodrębnianie barwników naturalnych i mikrokapsułkowanie ich [tj. zamykanie w otoczce polimerowej, tutaj - poliamidowej] w celu przedłużenia trwałości. Wg mojego promotora, temat jest jeszcze nieprzebadany, a może być obiecujący.
Na II roku chemii odkryłem swe powołanie do branży kosmetycznej... chciałem załatwić praktyki w Evie lub paru innych firmach, ale nie udało się. Trudno.
Co po studiach? Rozważam emigrację do Szwecji, Danii lub Holandii. Myślę, że dobrze będę się czuć w kraju mającym reputację otwartego, prorównościowego... chcę żyć w miejscu bardziej wolnym od fanatyków niż Polska, czuć się bezpiecznie na ulicy. W Łodzi o to trudno, i moim zdaniem to największa wada tego miasta: ludzie ubodzy wewnętrznie, transmitujący swoje ubóstwo na następne pokolenia.

Kilka razy w roku mam zlecenia w Łódź Art Center, gł. jeśli chodzi o przygotowywanie oświetlenia wystaw, jakieś drobne naprawy, robienie sprzętu itd. Jestem tam częstym gościem; uważam kulturę organizacyjną za bardzo otwartą, nowoczesną i przyjazną - trudno o ciasnotę, jeśli ma się do czynienia z artystami z kraju i zagranicy, ludźmi z inwencją, nieszablonowymi. W Studenckim Radiu ŻAK PŁ też było nieźle, choć niektórzy "trochę się dziwili" na mój widok, i czasami nie czułem się swobodnie.
Ostatnie dwa tygodnie upływały pod znakiem przygotowań do Łódź Design. Zdążyliśmy zrobić wszystko przed wernisażem bez pędzenia przez ostatnie godziny w szaleńczym tempie. Rok temu nie wyszło. Brakowało czasu i sprzętu; teraz mieliśmy więcej gratów, ale i więcej miejsc do obsłużenia, mimo wszystko daliśmy radę. Uważam jednak, że gdyby wystawy dotarły dzień wcześniej, całość poszłaby sprawniej i przyjemniej.

Wyszedłem z roboty w czwartek o 15ej; trzeba było wrócić do domu, by się wykąpać i wystylizować na otwarcie. Początek o 18, ja przybyłem ok. 19, obejrzałem niewidziane wystawy i udałem się na bankiet w klubie Ambasada. Niezbyt fajne miejsce, zbyt ciemne, w tłoku trudno było zauważyć stopnie i przyjrzeć się potrawom. Zauważyłem pewną nie-aż-tak-bardzo-piękną panią w cudownej skórzanej sukience. Zapewne miałbym o czym z nią pogadać, ale była w towarzystwie :). Porozmawiałem trochę z różnymi ludźmi o filmach, queerowych sprawach itd. i około wpół do trzeciej wróciłem do ŁACa, gdzie pospałem. Rano pojechałem na zajęcia, wszystko poszło szybciej niż się spodziewałem, więc o 11ej już mogłem obejrzeć pokazy Off: Out of Schedule w Bielniku i Elektrowni. Kochane miejsce. Same pokazy różnie się podobały: Pauliny Plizgi bardzo; mało kreacji w moim typie, ale model/k/i byliły przygotowanine przez Paulinę "na widoku" [tzn projektantka dodawała elementy stroju, np. namalowany pasek] a potem wychodziliły na wybieg - fajny pomysł; oświetlenie dobre, był czas na fotografowanie i dało się robić to bez flesza. Pokaz Eweliny Klimczak w Elektrowni był już gorszy, trudne oświetlenie, wszystko trochę za szybko... przy okazji pogadałem z pewną panią z Holandii [przynajmniej tak pamiętam], dałem się sfotografować uroczemu przegiętemu na tle generatora, efekt wyszedł bardzo steampunkowy :). Następny pokaz - Marty Siniło - miał postać filmu i dotyczył jednej kreacji; projektantka nie wypuściła kolekcji na wybieg, bo pracowała pod presją czasu, musiałaby ją przygotowywać w pośpiechu. W sumie to rozumiem - nerwówka nie sprzyja pracy, nawet takiej prostej jak naprawa lampy, a co dopiero twórczej. W każdym razie kreacja [czerwona suknia z trenem, futrzana kurtka] i sama modelka były cudowne :)

Zostałem jeszcze poproszony o dwa wywiady [nie obyło się bez tremy!] i wróciłem do ŁACa, wyskoczyłem do sklepów, poczekałem do 19:30 i pojechałem do Owoców i Warzyw na drugie urodziny Łódź Cycle Chic. Cargo Witka z przypiętymi kilkoma rowerami już tam było, zostawiłem swój, wszedłem do klubu. Obejrzeliśmy pokaz zdjęć z bloga ŁCC oraz kopenhaskich pierwowzorów, po czym pojechaliśmy do ms cafe, gdzie obejrzeliśmy kilka rowerowo-szykownych filmów. "The Bicycle Waltz" http://www.youtube.com/watch?v=e4tfh4_a5gs&feature=player_embedded#at=20 kręcony w Amsterdamie, z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa, wzruszył mnie do łez. Cudowne.

Po wszystkim wróciłem do domu... oczywiście nie obyło się bez docinków jakichś "Prawdziwych Mężczyzn", którym moja stylizacja wydała się zbyt ekscentryczna, by powstrzymać potrzebę wygłaszania głośnych uwag na mój temat. 
Jeśli znajdę jakieś zdjęcie w necie - wrzucę; byłem ubrany w skórę po elegancku. Miałem swój nowy cylinder robiony na zamówienie u Ani Marusarz [jeszcze raz dzięki dla Jagody Piekarskiej za namiar :)], sztuczne futro kupione dwa lata temu w lumpeksie, laskę, torebkę, kowbojki i ostrogi. W artystycznym światku reakcje pozytywne: dużo komplementów, trochę osób robiło mi zdjęcia za moją zgodą. Stroję się, bo "estetyka ubraniowa" to jedna z rzeczy, które kocham; pewna, ważna dla mnie, forma twórczości, oprócz fotografii, konstruowania/udoskonalania/wynalazczości, a w przyszłości prawdopodobnie też rysunku/malarstwa, projektowania ciuchów, może i muzyki. Celowo wprowadziłem pojęcie "estetyki ubraniowej" dla odróżnienia od "mody", która kojarzy mi się z kierowaniem się trendami, tym, co w danym sezonie jest "in" a co jest "out", pod rygorem tzw. obciachu. Jeśli o mnie chodzi, mam i rozwijam swój styl, lubię eksperymentować, stosować ulubione elementy/kombinacje, szukać inspiracji w necie, wyprowadzać swoje pomysły na ulicę możliwie często - co w polskim klimacie bywa trudne, ale da się zrobić. [Pozdrowienia dla Antyfaceta, Maćka czy Roniego; jeśli mężczyzna nosi spódnicę, to znak, że ma takie jaja, że nie mieszczą mu się w spodniach :)]. Nie zależy mi na poklasku, byciu znanym, robieniu wrażenia na publiczności itd. [poza osobami z kreatywnych środowisk - gdyby nie to, nie publikowałbym nic na dA czy mm :)]. Dla mnie to fasadowe, jestem antycelebrytą, mam "parcie od szkła", uciekam jeśli zauważam jakiegoś paparazzo, a gdy ktoś prosi mnie o zgodę na zdjęcie [na szczęście wśród inteligentnych ludzi jest to powszechne], pytam o zastosowanie i zwykle się zgadzam... czasem to wstęp do fajnej pogawędki :).

Zdjęcia "się obrabiają", będą wkrótce.
Jestem zaziębiony, rower niedomaga, więc nie byłem w stanie zobaczyć na żywo pokazu Jagody. Szkoda.
Mam nadzieję, że jutro kupię spinkę i naprawię wehikuł - bez niego czuję się jak bez nóg!

wtorek, 12 października 2010

Latająca Holenderka, czyli mój welocyped

Ostatnio zajmuję się przygotowywaniem oświetlenia na festiwal Łódź Design. Wernisaż w czwartek :)
Korzystając z chwili odpoczynku w pracy, postanowiłem obfotografować swój rower, kupiony w maju i mocno udoskonalany.

Skąd w ogóle się wziął?

Tuż po wernisażu Fotofestiwalu urwała się linka przerzutki tylnej w starym "góralu"-makrokeszu ojca. Nie miałem już cierpliwości do tego złomu - wcześniej rozwaliły się piasty, opony przetarły i trzeba było wymieniać koła. Doszło parę innych usterek i uznałem, że utrzymywanie rupiecia, skądinąd potwornie brzydkiego i nieergonomicznego, nie ma sensu. Postanowiłem przeznaczyć wypłatę na nowy rower, pogrzebałem w necie, trafiłem na bloga ŁCC, doszedłem do wniosku, że całe to zjawisko zwane "cycle chic" a.k.a. "rowerowa elegancja" pasuje do mnie jak pedał SPD do roweru górskiego. Niestety, Wićka nie miał w sklepie żadnego pojazdu, który by mi odpowiadał, więc trzeba było szukać gdzie indziej. Zostać bez roweru nie mogłem! Obleciałem Piastę na Widzewie, Dynamo na Kilińskiego, parę innych miejsc - nie znalazłem nic dla siebie... pozostał net. Na Allegro kupiłem używaną holenderkę nieznanej marki [rama bez napisów, brak mieczyka na błotniku przednim i emblematu na główce sterowej] za 420zł, po kilku dniach była już u mnie... Osprzęt był typowo "holenderski": skórzane siodełko na sprężynach [Lepper Primus, model damski - nowe kosztuje ponad 300zł], piasta biegowa Sachs Torpedo Dreigang H3111, opony Schwalbe Marathon Plus z przodu i jakiś Continental z tyłu - niestety zmurszałe, do tego osłony koła tylnego oraz łańcucha. Pojazd był piękny, niestety miał trochę wad o których później. Nie był tak stary jak przypuszczałem - koło było robione najpóźniej w 1991r., o czym przekonałem się po oznaczeniu na dźwigni hamulcowej torpeda.

Pierwsze prace, jeszcze przed chrztem bojowym, obejmowały montaż lusterka i elektroniki we wcześniejszej wersji. Była to plastikowa czarna skrzynka mocowana za sterami na wierzchu górnej rury ramy. Siedział w niej akumulator, przerywacz kierunkowskazów, wszystkie wyłączniki, prostownik do ładowania i klakson. Obsługa była nieergonomiczna, bo trzeba było sięgać daleko ręką, by coś przełączyć... poza tym było duże ryzyko uszkodzenia mechanicznego, a całość wyglądała dość tandetnie. Urządzenie wymieniłem na dwie metalowe skrzynki - tzw. czarną i białą.


Zbliżenie:


Z drugiej strony. Ale co to za czarna skrzynka?

Widać lusterko, lampę, czarną i białą skrzynkę. Czarna mieści przerywacz kierunkowskazów, akumulator, zasilacz sieciowy, alarm z syreną. Biała - sterowanie i klakson.


Dotąd objechał cztery Masy Krytyczne: [swoją drogą, widoczny chlapacz, centralna podpórka i dynamopiasta]


Pierwsza MK była chrztem bojowym roweru. Okazało się, że urwany był gwint nakrętki mocującej lewą korbę do suportu, i poprzedni właściciel/jakiś mechanior przyspawał ją do wałka. Całość rozpadła się w chwili przyjazdu na pasaż Schillera.

Trasa obejmowała kampusy politechniki i uniwersytetu. O ile na PŁ pojechałem bez większych kłopotów, o tyle na Uniwerku korba już nie chciała się trzymać... trzeba było prowadzić rower. "Patenty" z mocowaniem na taśmę izolacyjną i opaski kablowe nic nie dały. Później zrobiłem ze smyczy na klucze coś w rodzaju "noska" przywiązanego do pedału i kręciłem jedną nogą. Dojechałem na Koziny do Izy, a parę dni później oddałem pojazd do serwisu "Cyklista"... wymienili suport i korbę. Chciałem też, by wymienili opony, ale okazało się, że z tyłu była 700B czyli 635, z przodu - typowa 700C, 622. Z wymiany nici.

Wkrótce kupiłem przez net dużo elementów: piastę tylną Sachs Spectro S7 z oldschoolową manetką-wajchą, dynamopiastę SRAM i-Light D3 na przód, blokadę Axa Defender z łańcuchem i sakwą podsiodłową, mocowanie lampki na stery, chlapacz Bibia Old School, oponę na przód Schwalbe Delta Cruiser, na tył - S. Road Cruiser, jakieś obejmy i osłonę lampy tylnej.

Kierownica od przodu:


Włączona lampa. Ma światła długie i krótkie; przy długich świeci żarówka centralna i boczna, przy krótkich - tylko boczna. Planuję wymianę centralnej na power LED, bo daje mało światła :(
Skrzynki połączone są wiązką przewodów w pancerzu od węża prysznicowego.


Spectro S7. Jeszcze pod marką Sachs, choć już po fuzji z koncernem SRAM. Sorry za brud - rower jeździł trochę po kałużach ;)


Inny widok:


Spectro spisuje się tak sobie - mam problem z przeskakującymi biegami, czasem nie wrzuca jedynki. Na szczęście przy odrobinie wyczucia jeździć się da.

A jakie były kłopoty z montażem... Koła zaplatał mi Two Wheels. Najpierw trzeba było zdobyć szprychy - pytałem u Wićki, pytałem w Piaście, znalazłem na Legionów Dziewiętnaście [tam mają wszystkie pierdółki - nakrętki do torped, szprychy wszelkich długości itd.]. Potem - zaplatanie. Okazało się, że tylna opona zwulkanizowała się z dętką, a felgi były pordzewiałe od środka. Gdybym o tym wiedział, wymieniłbym bez wahania i byłyby dwie 622. Zostały oryginalne. Później okazało się, że nakrętki dynamopiasty były inne niż w starej piaście i trzeba było jechać na kole przednim przymocowanym na opaski kablowe, kupić nowe nakrętki i zmontować jak należy. Odstęp tylnych haków był za mały [Torpedo Dreigang jest węższy niż S7, pamiętajcie! :)], nowa tylna zębatka - większa i łańcuch za krótki. TW nie miał pasującego i trzeba było zostawić stary napęd. Oprócz tego warsztat się zamykał, montaż był przeprowadzany na pełnej i trzeba było parę dni później przysiąść do regulacji... zaopatrzyłem się w rozkuwacz, wymieniłem zębatkę, łańcuch [tym razem dałem spinkę, co bardzo się przydało!], wyregulowałem.

W sumie gdybym się spodziewał kłopotów, pozostałbym przy "kultowym" Dreigangu.

Bezpieczeństwo przede wszystkim - gorąco polecam to zapięcie, szalenie praktyczne:


Biała skrzynka w pełnej okazałości. Widać wzkaźnik napięcia / natężenia prądu: górne położenie lewego dolnego przełącznika pokazuje czy akumulator jest ładowany/rozładowywany, dolne - jaki jest stan naładowania. Poniżej zera - raczej źle. Akumulator ma zabezpieczenie przed nadmiernym rozładowaniem. 

Inne przełączniki: lewy górny - długie/wyłączone/krótkie [lampy tylne i podświetlenie miernika działają w obu położeniach], prawy górny - klakson, centralny dolny - kierunkowskazy [+ sygnalizacja LEDami obok], stacyjka - odłącza zasilanie wszystkich świateł i włącza alarm. Poza tym widać dzwonek i manetkę.


Bardziej ogólny widok na kierownicę:



Siodełko Lepper Primus - równie komfortowe co ciężkie [2kg]. Było wymieniane - we wcześniejszym, model damski [z krótszą "szyjką"], poleciały sprężyny z przodu. Ustrzeliłem okazyjnie za 150zł na Allegro, w stanie idealnym. Sztyca też nowa, wymieniłem z pobudek estetycznych.


Zabezpieczanie roweru: łańcuch przewlekam przez sprężyny, obejmuję nim obiekt-do-którego-wiążę, następnie ramę i wtykam do podkowy.


Rzut oka na detale, w ciut innym świetle:


Szprychówki c.d., oprócz tego widoczna dynamopiasta.


Jeżdżę na nim od maja/czerwca na co dzień. Z poważnych awarii miałem pogięcie prawego tylnego haka ramy [sprasowane zakończenie rury], co skutkowało brakiem naciągu łańcucha po pierwszym lepszym kontakcie z dziurą, krawężnikiem itd. Rama gięła się coraz bardziej :(. Naprawiłem kawałkiem płaskownika aluminiowego, przykręconego obejmą do rury oraz śrubą do haka [przez wywiercony otwór]. Poza tym pewnego razu jechałem przez Manufakturę, zawadziłem pedałem o słupek, zgiąłem prawą korbę. Nowa jest ładniejsza, chromowana. Cacy.
Pod Wektonem na Sienkiewicza rower zawahał się, padł na lusterko i "siedem lat nieszczęścia". Nowe [Piasta, 8zł - identyczne mają w X-Bike'u na Radwańskiej za 12!] jest trochę lepsze, ale nie takie jak chciałem... marzyło mi się chromowane. Wymieniłem osłonki tylnego koła i łańcucha, planuję zmienić błotniki na pasujące, ze złotymi szparunkami i białym paskiem z tyłu.

Obecnie do naprawienia: przyspawać blaszkę do mocowania podpórki i błotnika, wymienić mostek kierownicy + ew. kierownicę. Wajcha hamulca też przydałaby się chromowana - jest aluminiowa...

Całość waży ok. 25kg. Ewentualny złodziej zmacha się taszcząc rower z zapiętą podkową, a jeśli odpali alarm - zwróci na siebie uwagę :).