niedziela, 17 października 2010

ŁESK2016, Łódź Design i FashionPhilosophy Fashion Week Poland

Łódzki październik obfituje w wydarzenia. Po pierwsze, eliminacje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016... jak wiadomo, Łódź odpadła. Nie będę ukrywał: jest mi z tego powodu żal, zrobiliśmy dużo, jestem wdzięczny Krzysztofowi, Hubertowi, Wojtkowi, Patrycji, Łukaszowi, Michałowi i całej rzeszy osób, których nie znam/nie pamiętam, jak również "szeregowym" Łodzianom, którzy zainteresowali się tematem, przychodzili na imprezy i pikniki, wspierali akcję, promowali rower jako środek transportu w mieście. Mimo braku tytułu, będzie dobrze; nie zrażamy się. Może trochę trudniej o finanse i promocję, ale na pewno damy radę. EC1 i ŁAC się wyremontują, a Design, Fotofestiwal, Fashion Week, FD4K i inne imprezy będą się odbywać.
Kocham Łódź, jestem lokalnym patriotą, czuję się związany z tym miastem, jego zabytkami, niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka pięknem, oraz częścią mieszkańców. Temu ostatniemu zresztą trudno się dziwić, mamy aż zanadto ludzi omamionych niskich lotów popkulturą, nie podejmujących głębszej myśli czy poszukiwań, reagujących na dotąd nieznane osoby/rzeczy/zjawiska/sytuacje agresją [tak, Prawdziwe Mężczyzny z Marsa, to o Was mowa!] lub chichotem [tu już mamy parytet, lub nadreprezentację Wenusjanek], uzależnionych od alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Amsorry. Tu mała dygresja: jechałem wczoraj swoją LH na nocny przejazd rowerowy; pech chciał, by przed Manufakturą spadł łańcuch. Jeszcze większy pech chciał, by podczas próby naprawy zginęła zawleczka od spinki... rowerem nie dało się jechać, zaprowadziłem go do Fufu i odbiorę w poniedziałek/wtorek, gdy będę miał nową spinkę. Wracałem tramwajem. Kilka siedzeń za mną jakiś chłopak rozmawiał głośno ze swoją towarzyszką... oprócz nader częstego używania tzw. "brzydkich słów" [co sugeruje poważne ograniczenie językowe - nie miałem powodów, by uznać, że wulgaryzmy używane były rozmyślnie, np. w celu zwiększenia ekspresji wypowiedzi], znamienny był typ rozrywek, którym rzeczony jegomość się oddawał. W sumie nie rozumiem fenomenu chodzenia do klubów, tzw. wyrywania lasek, upijania się w sztok by nic nie pamiętać i wracać do domu na czworakach. Wolę z kimś pogadać, poprzeglądać blogi/fora, sfotografować coś/kogoś ciekawego bawiąc się oświetleniem i kompozycją, posłuchać czegoś, wziąć się za książkę [oj, atramentowe łzy tęsknoty leją się z półek... trzeba wrócić do czytania], wybrać się na koncert/festiwal, obmyślić jakieś nowe urządzenie lub poeksperymentować z ciuchami. Od czasu do czasu też wypić - ale niewiele; mnie chodzi o wstawienie się i lepsze samopoczucie, większą śmiałość i otwartość w kontaktach z innymi, a nie tzw. zgon. Cóż, masa różnych rzeczy do robienia.

Przygotowania do pracy magisterskiej czas zacząć. Temat: "synteza i aplikacja nowych pigmentów kosmetycznych"; generalnie chodzi o wyodrębnianie barwników naturalnych i mikrokapsułkowanie ich [tj. zamykanie w otoczce polimerowej, tutaj - poliamidowej] w celu przedłużenia trwałości. Wg mojego promotora, temat jest jeszcze nieprzebadany, a może być obiecujący.
Na II roku chemii odkryłem swe powołanie do branży kosmetycznej... chciałem załatwić praktyki w Evie lub paru innych firmach, ale nie udało się. Trudno.
Co po studiach? Rozważam emigrację do Szwecji, Danii lub Holandii. Myślę, że dobrze będę się czuć w kraju mającym reputację otwartego, prorównościowego... chcę żyć w miejscu bardziej wolnym od fanatyków niż Polska, czuć się bezpiecznie na ulicy. W Łodzi o to trudno, i moim zdaniem to największa wada tego miasta: ludzie ubodzy wewnętrznie, transmitujący swoje ubóstwo na następne pokolenia.

Kilka razy w roku mam zlecenia w Łódź Art Center, gł. jeśli chodzi o przygotowywanie oświetlenia wystaw, jakieś drobne naprawy, robienie sprzętu itd. Jestem tam częstym gościem; uważam kulturę organizacyjną za bardzo otwartą, nowoczesną i przyjazną - trudno o ciasnotę, jeśli ma się do czynienia z artystami z kraju i zagranicy, ludźmi z inwencją, nieszablonowymi. W Studenckim Radiu ŻAK PŁ też było nieźle, choć niektórzy "trochę się dziwili" na mój widok, i czasami nie czułem się swobodnie.
Ostatnie dwa tygodnie upływały pod znakiem przygotowań do Łódź Design. Zdążyliśmy zrobić wszystko przed wernisażem bez pędzenia przez ostatnie godziny w szaleńczym tempie. Rok temu nie wyszło. Brakowało czasu i sprzętu; teraz mieliśmy więcej gratów, ale i więcej miejsc do obsłużenia, mimo wszystko daliśmy radę. Uważam jednak, że gdyby wystawy dotarły dzień wcześniej, całość poszłaby sprawniej i przyjemniej.

Wyszedłem z roboty w czwartek o 15ej; trzeba było wrócić do domu, by się wykąpać i wystylizować na otwarcie. Początek o 18, ja przybyłem ok. 19, obejrzałem niewidziane wystawy i udałem się na bankiet w klubie Ambasada. Niezbyt fajne miejsce, zbyt ciemne, w tłoku trudno było zauważyć stopnie i przyjrzeć się potrawom. Zauważyłem pewną nie-aż-tak-bardzo-piękną panią w cudownej skórzanej sukience. Zapewne miałbym o czym z nią pogadać, ale była w towarzystwie :). Porozmawiałem trochę z różnymi ludźmi o filmach, queerowych sprawach itd. i około wpół do trzeciej wróciłem do ŁACa, gdzie pospałem. Rano pojechałem na zajęcia, wszystko poszło szybciej niż się spodziewałem, więc o 11ej już mogłem obejrzeć pokazy Off: Out of Schedule w Bielniku i Elektrowni. Kochane miejsce. Same pokazy różnie się podobały: Pauliny Plizgi bardzo; mało kreacji w moim typie, ale model/k/i byliły przygotowanine przez Paulinę "na widoku" [tzn projektantka dodawała elementy stroju, np. namalowany pasek] a potem wychodziliły na wybieg - fajny pomysł; oświetlenie dobre, był czas na fotografowanie i dało się robić to bez flesza. Pokaz Eweliny Klimczak w Elektrowni był już gorszy, trudne oświetlenie, wszystko trochę za szybko... przy okazji pogadałem z pewną panią z Holandii [przynajmniej tak pamiętam], dałem się sfotografować uroczemu przegiętemu na tle generatora, efekt wyszedł bardzo steampunkowy :). Następny pokaz - Marty Siniło - miał postać filmu i dotyczył jednej kreacji; projektantka nie wypuściła kolekcji na wybieg, bo pracowała pod presją czasu, musiałaby ją przygotowywać w pośpiechu. W sumie to rozumiem - nerwówka nie sprzyja pracy, nawet takiej prostej jak naprawa lampy, a co dopiero twórczej. W każdym razie kreacja [czerwona suknia z trenem, futrzana kurtka] i sama modelka były cudowne :)

Zostałem jeszcze poproszony o dwa wywiady [nie obyło się bez tremy!] i wróciłem do ŁACa, wyskoczyłem do sklepów, poczekałem do 19:30 i pojechałem do Owoców i Warzyw na drugie urodziny Łódź Cycle Chic. Cargo Witka z przypiętymi kilkoma rowerami już tam było, zostawiłem swój, wszedłem do klubu. Obejrzeliśmy pokaz zdjęć z bloga ŁCC oraz kopenhaskich pierwowzorów, po czym pojechaliśmy do ms cafe, gdzie obejrzeliśmy kilka rowerowo-szykownych filmów. "The Bicycle Waltz" http://www.youtube.com/watch?v=e4tfh4_a5gs&feature=player_embedded#at=20 kręcony w Amsterdamie, z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa, wzruszył mnie do łez. Cudowne.

Po wszystkim wróciłem do domu... oczywiście nie obyło się bez docinków jakichś "Prawdziwych Mężczyzn", którym moja stylizacja wydała się zbyt ekscentryczna, by powstrzymać potrzebę wygłaszania głośnych uwag na mój temat. 
Jeśli znajdę jakieś zdjęcie w necie - wrzucę; byłem ubrany w skórę po elegancku. Miałem swój nowy cylinder robiony na zamówienie u Ani Marusarz [jeszcze raz dzięki dla Jagody Piekarskiej za namiar :)], sztuczne futro kupione dwa lata temu w lumpeksie, laskę, torebkę, kowbojki i ostrogi. W artystycznym światku reakcje pozytywne: dużo komplementów, trochę osób robiło mi zdjęcia za moją zgodą. Stroję się, bo "estetyka ubraniowa" to jedna z rzeczy, które kocham; pewna, ważna dla mnie, forma twórczości, oprócz fotografii, konstruowania/udoskonalania/wynalazczości, a w przyszłości prawdopodobnie też rysunku/malarstwa, projektowania ciuchów, może i muzyki. Celowo wprowadziłem pojęcie "estetyki ubraniowej" dla odróżnienia od "mody", która kojarzy mi się z kierowaniem się trendami, tym, co w danym sezonie jest "in" a co jest "out", pod rygorem tzw. obciachu. Jeśli o mnie chodzi, mam i rozwijam swój styl, lubię eksperymentować, stosować ulubione elementy/kombinacje, szukać inspiracji w necie, wyprowadzać swoje pomysły na ulicę możliwie często - co w polskim klimacie bywa trudne, ale da się zrobić. [Pozdrowienia dla Antyfaceta, Maćka czy Roniego; jeśli mężczyzna nosi spódnicę, to znak, że ma takie jaja, że nie mieszczą mu się w spodniach :)]. Nie zależy mi na poklasku, byciu znanym, robieniu wrażenia na publiczności itd. [poza osobami z kreatywnych środowisk - gdyby nie to, nie publikowałbym nic na dA czy mm :)]. Dla mnie to fasadowe, jestem antycelebrytą, mam "parcie od szkła", uciekam jeśli zauważam jakiegoś paparazzo, a gdy ktoś prosi mnie o zgodę na zdjęcie [na szczęście wśród inteligentnych ludzi jest to powszechne], pytam o zastosowanie i zwykle się zgadzam... czasem to wstęp do fajnej pogawędki :).

Zdjęcia "się obrabiają", będą wkrótce.
Jestem zaziębiony, rower niedomaga, więc nie byłem w stanie zobaczyć na żywo pokazu Jagody. Szkoda.
Mam nadzieję, że jutro kupię spinkę i naprawię wehikuł - bez niego czuję się jak bez nóg!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz