piątek, 31 grudnia 2010

Remont kapitalny peceta

Jestem zaziębiony. Niestety nici z Masy Krytycznej [jechało 75 osób, czyli niemało]... z Sylwestra na mieście też. Chciałem się wystroić, sfotografować fajerwerki na mieście i zabalować w Fufu :).


Uszyłem sobie musznik ze skóry. Zacząłem we wrześniu lub październiku, rzuciłem robotę i wziąłem się za nią znowu dopiero teraz. Brakuje tylko rzepa, by toto zapiąć. Gdy będzie gotowy - pokażę.

A co najważniejsze... mojego peceta dopadł Ponury Żniwiarz Plików Systemowych, dzięki czemu po zawieszeniu i reboocie już nie chciał się uruchomić. Zrobiłem backup korzystając z pomocy kolegi, a potem - no cóż - grzebałem w necie za pomocą Firefoksa odpalonego na Mandriva LiveCD. Te słowa również piszę spod Linuksa. Muli niemiłosiernie, obsługa - niewygodna, zła rozdzielczość ekranu i w ogóle wszystko wygląda jakbym siedział na walizach. Od czasu do czasu wchodzę na Altergothic, forum CP, Masy Krytycznej, dA i skrzynki mailowe. Trzeba mieć jakiś kontakt z rzeczywistością, nie? ;) Jednak głównym zadaniem netu jest teraz dostarczanie mi informacji potrzebnych do ustawiania systemów, usuwania błędów itp. W końcu robię coś, czego nigdy nie robiłem [tak tak, to trochę jak mechanika rowerowa: trzeba poczytać na ten temat i praktykować; inaczej człowiek niczego się nie nauczy!]. Swoją drogą, w międzyczasie formatuje mi się dysk :).

Ogólna koncepcja komputera jest taka: pudło ma służyć do pracy [net, programy biurowe, ciemnia cyfrowa, modelowanie molekularne, pewnie jakiś CAD/CAM kiedyś...], puszczania muzyki, grania [a że lubię stare gry, to nie wszystko pójdzie pod XP], obsługi połączenia drugiego PC z internetem i ew. eksperymentów.

Systemy operacyjne: DOS [gł. dla starych gier, które są zbyt zasobożerne, by dało się przyjemnie katować pod DOSBoxem w WinXP], Win98 [z myślą o Falloutach :)], XP [wiadomo: główny system "na co dzień"] i Linux, najlepiej Gentoo jeśli uda się go zainstalować. Tak więc - czterech lokatorów w jednym domu.

Z tym wiąże się nieodłącznie problem partycjonowania dysku, kolejności instalacji i sposobu bootowania. Pierwszy problem, po namysłach, rozwiązałem tak:
2GB na DOS-a [a właściwie FreeDOS, dostępne na www.freedos.org], FAT16, podstawowa [P] aktywna. Tu jest bootsektor.
3GB na Win98, FAT32, P
50GB na WinXP, NTFS, P
100GB na archiwum, FAT32, dysk logiczny [L] na partycji rozszerzonej
75GB na fotografię, FAT32, L
250GB na MP3, FAT32, L
100GB na filmy, NTFS, L
100MB linux /boot/, ext3, L
5GB linux /, ext3, L
2GB linux swap, L
reszta - wychodzi prawie 10GB - linux /home/, ext3, L

Zobaczymy. Może ten setup okaże się dobry. Moje obawy wzbudza głównie to, czy /boot/ nie powinna być podstawowa, ale jako bootloadera zamierzam używać NTLDR na C: i to stamtąd wszystko będzie  można wybrać.

Kolejność instalacji: FreeDOS na C, Win98 na D, WinXP a potem Linuch.

Swoją drogą pamiętam, jak mój kolega z klasy w LO prowadził kółko linuksowe. Byłem na jednych czy dwóch zajęciach, ale jakoś nie zagrzałem miejsca... teraz wszystkiego uczę się sam, w razie czego korzystam z pomocy wujka Google :)

Oczywiście zawsze muszą pojawić się jakieś problemy i np. nie mogę przebić się przez instalatora Win98. Najpierw pokazywał mi, że Winda potrzebuje min, 16MB RAM-u [cóż, może wziął 2GB za 2MB? ;)] i uciszyłem go parametrem /nm. Potem droczył się o dysk. Nie lubi NTFS-u... oczywiście chciałem go instalować na "tłuściochu", a on swoje. Przy okazji wyszło, że pozakładałem wszystkie partycje poza C: jako dyski logiczne, więc odpaliłem FDISKa od FreeDOS-a i przepartycjonowałem.DOS nie chciał się zabootować, odpaliłem kompa pod Linuksem i wyszło, że tablica partycji była rozwalona i wszystko trzeba było rozdzielać na nowo. Teraz, jak wspomniałem, się formatuje :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Para rozebranych pedałów

Naszło mnie, by zrobić zdjęcie pary rozebranych pedałów. Tak z dedykacją dla sympatyków NOP, ONR, Młodzieży Wszechpolskiej, LPR i innych tego typu organizacyj.

środa, 22 grudnia 2010

Trochę propagandy

Transport rowerowy w miastach sprawdza się dużo lepiej niż samochodowy. Dlaczego?

-bezpieczny - bo jeśli już na kogoś/coś się wpadnie, można się wywrócić, posiniaczyć, połamać, ale prawie zawsze się przeżyje; to efekt uderzenia samochodu w coś jest dużo poważniejszy w skutkach. Argumenty typu "drogi są niebezpieczne" są formą protekcjonalnego traktowania, rzekomej obrony mniejszości przed większością wyposażoną w instrumenty przemocy
-wygodny - można praktycznie dowolnie wybrać trasę i dojechać wszędzie gdzie się chce, nie stoi się w korkach, odpadają kłopoty z szukaniem miejsca parkingowego, a zajmowana przestrzeń jest dużo mniejsza, przy odrobinie inwencji łatwo radzić sobie z przewozem zakupów/ładunku.
-tani - wydatki na sam rower, konserwację, naprawy, ulepszenia - dużo taniej niż zakup samochodu, paliwa, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy.
-egalitarny - jechać można bez względu na zawód i zarobki, wiek czy stan zdrowia [wbrew pozorom - np. osoby nie mogące pedałować nogami mogą jechać na rowerze napędzanym ręcznie].
-niezależny od światowej ekonomii - nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę producentów samochodów i koncernów paliwowych.
-przyjazny dla środowiska - małe zużycie energii na wyprodukowanie nowego i ponowne przetworzenie zużytego roweru, małe zużycie energii podczas samej jazdy z racji dużo mniejszej masy i siły potrzebnej do napędzenia siebie z pojazdem, przy czym część tej energii pochodzi z różnicy wysokości; zerowe zużycie paliwa, zerowe emisje spalin poza dwutlenkiem węgla wydzielanym przez jednostkę napędową typu HUMAN :)
-cichy - czego nie trzeba chyba udowadniać.
-zdrowy - spalanie jedzenia/nadmiarowego tłuszczu, a poza tym odpada stres związany ze staniem w korkach, utratą dużego mienia jeśli ktoś ukradnie auto.
-korzystny dla budowania wspólnoty - ludzie na rowerach się widzą, mogą ze sobą porozmawiać, uśmiechać się do siebie, nie są odizolowani od siebie i przyrody; poza tym, w związku z powyższym, są bardziej szczęśliwi :)
-dostarczający wrażeń - jadąc samochodem czy komunikacją miejską nie możemy zwolnić/zatrzymać się, popatrzeć na piękny budynek, zjawisko przyrody czy osobę, poczuć lokalny zapach [lubię jeździć koło zakładów cukierniczych! :)]; w KM czasem jesteśmy narażeni na niechciane zapachy, od których uwolnienie się wymagałoby zaprzestania podróży :D
-dający pole do popisu jeśli chodzi o twórczość - wygąd roweru czy swój własny łatwo zmienić przez dobór ubrania, akcesoriów [tak dla siebie jak i pojazdu], fantazyjne pomalowanie ramy, ukwiecenie itd., do tego częste zmiany są łatwe i tanie, i niewielkim kosztem można mieć jedyny w swoim rodzaju wehikuł. Poza tym przy odrobinie wprawy łatwo dobrać części i złożyć dokładnie taki rower, jakiego się chce.
-mało uciążliwy w razie awarii, tak dla siebie jak i innych - coś Ci się popsuło? możesz natychmiast zejść z drogi bez blokowania jej innym, naprawić welocyped samodzielnie lub zabrać go do lokalnego warsztatu; nauczenie się napraw [przynajmniej tyc najpowszechniejszych, np. przebita dętka, zerwany łańcuch, skrzywiona kierownica] i zasady działania każdego mechanizmu jest łatwe.

Gdyby na powszechną skalę przesiąść się na rowery [czyli, gdyby taka Łódź "skopenhagowaciała" - angielski termin: "copenhagenize"] i wykorzystywać samochód racjonalnie, tj. gdy trzeba dostać się gdzieś szybko, pojechać w dłuższą trasę, przewieść więcej osób lub jakiś towar - nawet automobilistom byłoby lepiej. Problemy ze staniem w korkach czy szukaniem miejsca do zaparkowania odeszłyby do przeszłości.

 A ja?
No cóż, w poniedziałek ruszyłem na miasto. Dużo lepiej, nic nie ociera, nowe torpedo niestety trochę przeskakuje, do poprawy jedynie nóżka. Warunki do jazdy bardzo dobre, jezdnie odśnieżone, nieoblodzone. Trasa - Rydzowa, Rojna, Traktorowa, Rąbieńska-Złotno, Krakowska [odwiedziłem tamtejszą szkółkę, by obejrzeć choinki], Krzemieniecka/Bandurskiego DDR [ubity śnieg, jechał pług], Mickiewicza DDR [tu już gorzej], Gdańska/Stefanowskiego na uczelnię. Potem Radwańska, Wólczańska, Sieradzka, Zarzewska, Rzgowska do elektronicznego. Upadł mi rower, połamał się tylny kierunkowskaz... cholercia, mogłem potraktować zaspę jako stojak. Kupiłem LEDki. Potem Rzgowska, Piotrkowska, Tymienieckiego do ŁAC. Założyłem diody i mogłem wracać po ciemku z należytym oświetleniem. Przy okazji wpadłem na wigilię. Potem Tymienieckiego, Piotrkowska do Piłsudskiego [wpadłem do banku], Piłsudskiego DDR, Wodna do Tuwima, chodnikiem do Wysokiej [po prostu skręciłem o ulicę za wcześnie :)], Wysoką do sklepu po nowy kierunkowskaz i z powrotem, Tramwajowa [BARDZO uważając na tory! :)], Narutowicza, Piotrkowska, Nowomiejska, park Śledzia, Manufaktura, Drewnowska DDR [dało się jechać, hurra!], a za Włókniarzy - jezdnią, Siewna, Złotno-Rąbieńska, Traktorowa, Rojna, Rydzowa i do domciu. Dopiero pod koniec miałem "odcinek specjalny" z koleinami, w których zalegał lód. Trzeba było zsiąść.

Wczoraj jechałem jedynie do osiedlowego po wodę i piwo. Droga oblodzona, ale sunąłem bez wywrotki.
Dzisiaj - na ryneczek; wygodne warunki do jazdy, jedynie na Rydzowej obrodziło w dziury.

 Światła spisują się lepiej niż przewidywałem. Przy kondensatorze 1F dwie superjasne LED fi 8 świecą ładnych kilka minut. Prosty mod, polecam wszystkim co kiedykolwiek trzymali lutownicę w ręku. Łatwo opisać słowami:
dynamo - mostek prostowniczy - opornik 100om szeregowo na plusie -  kondensator 1F/5.5V i dioda Zenera 5V1 równolegle od plusa do masy - jedna lub dwie gałęzie złożone z diody LED połączonej szeregowo z opornikiem 330om. Podczas jazdy dynamo wytwarza prąd zmienny, mostek prostuje go i otrzymujemy prąd stały, ładujący kondensator i zasilający diody LED. Opornik i dioda Zenera ograniczają napięcie na kondensatorze do wartości 5.1V, przeciwdziałając jego uszkodzeniu. Tyle :).

niedziela, 19 grudnia 2010

Rowelucja

Wbrew wszelkim obawom, chłopaki z firmy Opek się spisały i w sobotę doszły moje wypasione opony! Całe popołudnie i wieczór przesiedziałem w warsztacie, wymieniając ogumienie na kołach, smarując łańcuch [tak - zimą nawet osłona nie chroni go przed rdzewieniem], poprawiając nóżkę, montując chlapacz i nastawiając to cholerne cudowne tylne koło, by z obu stron odstawało na równą odległość, a przy tym łańcuch miał dobry ale nie-za-dobry naciąg.

Pierwsza sprawa: opony. Nie wiedziałem, że M+ Tour 37-622 będą tak wąskie, są ciut węższe niż Delta Cruiser 37-622 i dużo węższe niż Road Cruiser 40-635. W zimowych warunkach trochę mnie to niepokoi... ciśnienie w punkcie styku opon z drogą będzie większe, co oznacza łatwiejsze zapadanie się w śnieg, z drugiej strony mniejsze opory ruchu przy brnięciu przezeń. Ciekawi mnie zachowanie się opony na lodzie: inna mieszanka + głębszy bieżnik + większe ciśnienie opony na jezdnię powinny poprawić przyczepność. Pocieszam się myślą, że Heniek z ŁAC ma ostre koło na szosowych oponach i też daje radę. Cóż, jutro albo pojutrze jazda próbna :)
W każdym razie uniknąłem problemu, jaki miałem z Road Cruiserem: niedopasowania do błotnika i obcierania o wspornik. Zmiana średnicy i szerokości dały pożądany skutek.

Sama wymiana może być bajecznie łatwa lub piekielnie upierdliwa w zależności od felgi. Np. na przednim Schurmannie oponę montowało się bardzo ciężko; w ostatnim etapie pomogło ściśnięcie opony tam, gdzie już "siedziała" na obręczy, opaską kablową by się nie zsuwała, i mozolne zakładanie łyżką. Tylna Alesa dała się ogumić rękoma, bez łyżek. Niepokoi mnie to: czy przy 6 barach nie zdmuchnie opony z koła? Na razie się trzyma.

Kapcie - adieu! Swoją drogą, przebicia zdarzały mi się wyłącznie w tylnym kole, jak na ironię. Pierwsze prawo Murphy'ego mówi, że dowolna awaria zawsze dotyczy podzespołu trudniejszego w naprawie.

Oprócz tego zamontowałem zespół lampki tylnej: lampka Busch und Muller Toplight, puszka z kierunkowskazami po bokach i obwodem podtrzymania napięcia dla lampek tylnych w środku. Są dwie: Toplight na bagażniku oraz błotnikowa, do której trzeba było przeciągnąć kabelki. Wcześniej szedł jeden wierzchem podpory bagażnika, ale teraz postanowiłem zrobić to bardziej elegancko i puścić dwa jednożyłowe wewnątrz podpór, bo na końcach tychże są otwory o śr. 2 - 3mm. Najbardziej upierdliwy okazał się etap przeciągania przewodów: łatwo wchodziły, ale nijak nie dało się trafić w dziurkę na drugim końcu. Cienki drucik 0.5mm2 też nie dał rady, bo się wyginał. Gdzieś w warsztacie "przepadł" mi fajniejszy przewód 0.7mm2, z którym sztuczka pewnie by się udała... zgodnie z drugim prawem Murphy'ego, wszystkie rzeczy giną w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne! Ale ja, jak to ja, wycwaniłem się: wziąłem przewód YTKSY6x0.5mm [trochę tych kabelków słusznej długości dostałem w Łódź Art Center przy okazji montażu systemu alarmowego - a że ich nie wykorzystujemy, to droga wolna :)], wyciągnąłem trzy żyły, zrobiłem skrętkę rozwidloną na końcu i wepchnąłem w rurkę przez górny koniec. W otworze z drugiej strony ukazała się jedna z żył - celowo rozwidliłem skrętkę, by zwiększyć prawdopodobieństwo wyjścia jakiegoś drucika! Wyciągnąłem go szczypcami, odizolowałem, przylutowałem cienką acz mocną linkę i wyciągnąłem skrętkę z powrotem. Linka wyszła jak należy. Teraz należało ją odciąć, odizolować, zlutować z właściwym przewodem i przeciągnąć na dół. Wszystko udało się pięknie, a z drugim przewodem postąpiłem analogicznie. Końce przewodów zabezpieczyłem rurką termokurczliwą i założyłem konektorki, bo chciałem rozłącznego połączenia przy hakach. Następnie przeciągnąłem przewody do lampki na błotniku, co było bardzo łatwe i dodać należy tylko, że szły wewnątrz pałąka, na końcach były zabezpieczone rurką termokurczliwą, przy hakach miały konektorki, a do samej lampki szły we wspólnej rurce.

Pozostaje mi dokupić i założyć duże LED-y superjasne, po jednej na każdą lampkę. Oświetlenie tylne będzie gotowe.

Dziś "wojowałem" z elektryką: trzeba było podłączyć nowy kabel lampki tylnej i prądnicy, sprawdzić przyczynę zwarcia przy włączaniu wtyczki ładowania [tak, ładna iskra + wywalanie bezpiecznika :)] oraz niedziałania alarmu, a także wymienić żarówki w przednich kierunkowskazach na LED-y. Wszystko teoretycznie łatwe, choć uciążliwe i pracochłonne, bo w piwnicznym korytarzu jest mało miejsca i trzeba się namęczyć, by coś znaleźć / odkręcić coś z drugiej strony/itepe itede. Kable zamontowane, problem z prostownikiem rozwiązany [gniazdo zasilania miało przebicie - dziwne... w każdym razie transformator cały :)], alarm działa jak należy. Zostaje tylko założyć diody w lampkach tylnych.

A tak w ogóle leci sobie mój ulubiony album Faith and the Muse - Annwyn, Beneath the Waves... grupę odkryłem niedawno - w maju lub czerwcu, podczas "Trzeciej Strony Księżyca", audycji z muzyką okołogotycką na Trójce w każdą pełnię księżyca o północy. Przyznam, że wspomniany zespół jest jednym z tych, w których się zakochałem od pierwszego usłyszenia, gra genialną mieszaninę darkwave'u a la Dead Can Dance z deathrockiem, a to oznacza, że muszę to lubić :). Wystąpili dwa razy na ostatnim Castle Party, relacja z obu koncertów w jednym z poprzednich wpisów.

niedziela, 12 grudnia 2010

Surprise! Surprise!

Jakże miłe było moje zaskoczenie, gdy w sobotę ruszyłem na zakupy... Spodziewałem się zasp i ton kopnego śniegu - nic z tych rzeczy, drogi były ładnie ogarnięte i dało się przejechać rowerem bez trudnych momentów i zsiadania. Niby mam blisko: 200 do 300m, ale jestem zbyt leniwy na chodzenie na piechotę. Poza tym rower służy mi za "zwierzę juczne": za pomocą zmyślnej ramki wieszam torby po bokach bagażnika, na wierzch kładę zgrzewkę mineralki, przypinam gumą i jadę. W ten sposób obsługuję nawet większe zakupy w hipermarkecie - umawiam się z mamą na godzinę, ona chodzi po sklepie i kupuje [czego ja robić nie cierpię, i preferuję tradycyjne formy zaopatrywania się, czyli małe sklepy i rynki], po czym ja przyjeżdżam, pakuję siaty i jadę do domu.

Jeszcze fajniejszy może być rower towarowy: z przodu [rzadziej z tyłu] jest skrzynia na ładunek lub ludzi. Duńczycy i Holendrzy powszechnie wożą takimi dzieci, ukochane osoby, przyjaciół. Póki co, w Łodzi cargo ma Wićka [prod. AT Instytut, bardzo przypomina duńskie Christianie] oraz Dynamo. O innych nie wiem; mnie się marzy bakfiets, a to dlatego, że zainspirował mnie komiks Yehuda Moon and the Kickstand Cyclery, w którym niejaka Thistle wozi takim swoją córeczkę :).

Stabilizator kierownicy spisał się wyśmienicie. Pomaga w "ładnym" zaparkowaniu roweru z nóżką centralną, bo przednie koło jest uniesione i ma tendencję do skrętu. Przy ruszaniu, kiedy robię niekontrolowane skręty, czuję się pewniej; zobaczymy, na ile poprawi się jazda w śniegu...

Jutro daję koło do zaplecenia. Przesyłka ze Stylowych dojdzie niebawem, więc być może we wtorek czy środę wymienię koło i opony. Trochę się obawiam, że przez bardziej agresywny bieżnik wzrosną opory toczenia, ale zobaczymy. W każdym razie spodziewam się lepszej przyczepności do oblodzonego podłoża, no i ta legendarna ochrona przed przebiciem...

Następna Masa w Sylwestra; oczywiście wystylizuję się i pojadę :)

PS. Fajne znalezisko blogowe: http://lovelybike.blogspot.com - autorka jest cyklotyczką od dawna, bardzo inspiruje, zna się na sprzęcie [stereotypy - adieu :)] i w ogóle oby takich osób więcej!

piątek, 10 grudnia 2010

Fotograficznie.



Ktoś na dA dokopał się do mojej dawnej twórczości. To doskonała okazja, by przypomnieć sobie stare czasy i zdjęcie, które zrobiłem jakieś dwa i pół roku temu.


Miejsce: przędzalnia cienkoprzędna L. Grohmana, po wojnie - Uniontex. Opuszczone, łatwe do wejścia. Ta hala już nie istnieje - wandale z koparkami rozwalili strop.
Czas: maj 2008, moje pierwsze kroki na Deviancie.
Sprzęt: mój drugi aparat, czyli Fujifilm FinePix S5500 + jakiś tani statyw, bodajże WF czy jakoś tak. Pierwszym aparatem był HP Photosmart chyba 720, kompakt-małpa, który "trafił do Annwyn" [tzn utonął w jeziorze] w lipcu 2007r. Trzecim, którego mam do dziś, jest Canon 10D.

Samo zdjęcie - z punktu widzenia mnie teraz z obecnymi doświadczeniami, oceniam je jako jedno z lepszych pod względem kompozycji i oświetlenia. A przecież chyba nie wiedziałem o regule trójpodziału, silnych punktach, planach, plamach, barwach, strefowym dobieraniu ekspozycji i wszystkich tych innych zasadach? Po prostu przemawiał przeze mnie twórczy duch. Zdałem się na intuicję, uczucia.
Co ja wtedy, kurna, wiedziałem o fotografii?

Za to dużo łaziłem, robiłem sporo zdjęć sprzętem o klasę czy dwie niższą niż obecnie [mowa o możliwościach manewrowania - lustrzanka ma pełen manual i da się wkręcić dowolny obiektyw, a kompakty i hybrydy ograniczają użytkownika]. A teraz? Uważam, że fotografuję za mało z powodu lenistwa. Obskoczę Design czy jakąś inną imprezę, złapię "zajawkę" na eksperymentalną kompozycję, ale urbexów już prawie nie robię. Czas to zmienić. Niedługo w ŁACie remont, a miejsce trzeba przygotować. Przydałoby się zrobić "studium destrukcji": udokumentować jak to zdejmujemy te wszystkie prace, zabieramy sprzęt, demontujemy instalacje i  zostawiamy gołe ściany, by robotnicy budowlani weszli i zajęli się swoją działką. Potem być może zrobię "studium rekonstrukcji", tzn zakładania instalacji, malowania, jednym słowem: wszystkiego, co ŁAC robi we własnym zakresie.

BTW. Wreszcie przyszła felga, rękawiczki i stabilizator. Ten ostatni już przykręcony. Miałem mały problem, bo kiedyś ukręciłem gwint na śrubie od hamulca i nakrętka za ChRL, PRL i ZSRR nie chciała się odkręcić. Musiałem rozcinać ją Dremelem, co na szczęście się udało :)

czwartek, 9 grudnia 2010

Techniki ciąg dalszy

Najpierw narzekanie na PPUP Poczta Polska SA, a konkretnie na szybkość dostarczania przesyłek priorytetowych i miejsce ich przeznaczenia. Nie, nie chodzi o adres - a właściwie w rzeczywistości to chodzi... Otóż listy polecone w kopertach bąbelkowych będące czymkolwiek o masie lub gabarytach ponad te typowej książki [bo rzeczone dochodzą bez problemu, i mnie to cieszy] zawsze, niezależnie od (nie)obecności domowników, trafiają do urzędu pocztowego. Do skrzynki przychodzi awizo i obywatel musi samemu udać się po przesyłkę; oczywiście jest to ulgą dla listonoszy, którzy mają mniej do noszenia, ale z punktu widzenia odbiorcy poczty to spore utrudnienie. A zwłaszcza dla osób zawalonych pracą, samotnych z małymi dziećmi którymi trzeba się cały czas opiekować, niepełnosprawnych. Jakoś Niemcy dają radę:

źr. http://www.flickr.com/photos/keeshu/2760181796/sizes/z/in/photostream/

a gdy trzeba więcej zabrać,

źr. www.cargocycling.org

Dużo szybciej niż na piechotę, dotrze wszędzie, niewielkie nakłady inwestycyjne [w porównaniu z samochodami] i wydatki bieżące, ochrona środowiska, rozpoznawalność. Elastyczność również: do rozwożenia paczek można wziąć cargo [najlepiej "long johna" czy bakfiets Van Andela!], do listów - rower jak na fot. 1, a na krótsze trasy z niewieloma przesyłkami iść na piechotę.

Kawałek o poczcie to ledwie wstępodygresja; tak naprawdę chodziło mi o przesyłki, bo zamówiłem "trochę szpejów". Jedna z nich dotarła dzisiaj: skrzynka drewniana na bagażnik. Ma służyć do przewożenia towarów i stylowego wyglądania. Założę jej grubsze denko, wytnę część jednej ze ścianek by dało się wsunąć pod siodełko, polakieruję, ew. ozdobię jakąś grafiką i przykręcę szyny mocujące.

Stabilizator jeszcze nie doszedł. Powinien był wczoraj.
Zamówiłem parę rękawiczek na Sylwestra i nie tylko. Białe, długie do łokcia, z lakierowanej skóry. Cykloza B typu H3N2, czyli tzw. holenderka, nie zastąpiła mojego zainteresowania modą [="estetyką ubraniową", przypominam].
Inne rękawiczki - "całuski" z palcami - odbiorę osobiście.
Felga Alesa też gdzieś w drodze, a szkoda... Jeśli będzie jutro o rozsądnej porze, ucieszę się. Wezmę ją na bagażnik, Sachsa do torby i ruszę na Legionów, i podczas gdy Kasiński będzie "udzielał im ślubu", obskoczę miasto, załatwię co mam załatwić, a "nowożeńców" odbiorę wieczorem.
Z Rowerów Stylowych ściągam parę Schwalbe Marathon Plus Tour 37-622 [przebiciom opon mówimy NIE!], chromowaną listwę na osłonę łańcucha i lampkę tylną. Się szarpnąłem... wydałem ok. 230zł. Na szczęście mają zimowe upusty i o ile na chromie oraz lampce zaoszczędziłem 7zł, o tyle na oponach po 15zł/szt., czyli 30.

Teraz mnie kusi na Sturmey-Archer X-FDD. Rany kota, uzależnienie!

Oczywiście sprawy nierowerowe też istnieją. Np. studia. Szczerze mówiąc, totalnie mi się odechciewa, olewam sprawozdania z laborek, mało uważam na zajęciach, chce mi się ciągle spać i jedyne, co mnie na uczelni pociąga, to laborka dyplomowa. Dzisiaj skończyłem otrzymywanie chlorku tereftaloilu, rzecz nietrudna ale żmudna.
Poza tym elektronika. Mam perspektywę zrobienia kilku wzmacniaczy, a wczoraj naprawiłem koledze radio Tatry. Gra ładnie i nie buczy, tak trzymać! Oprócz tego doprowadzam swój nowy-stary oscyloskop Radiotechnika ST310A do stanu używalności; więcej w nim brudu niż elementów elektronicznych, a te ostatnie - zwł. kondensatory - jakością nie grzeszą. Będzie trochę roboty, ale IMHO warto. Natomiast inny ważny projekt elektroniczny, riksza nagłośnieniowa, nie może wystartować choć jest obmyślony. Dobrze, że mamy już głośniki tubowe. Jechały na Borsuku podczas MK i przejazdu mikołajkowego, a uczestnicy i organizatorzy zauważyli znaczną poprawę słyszalności muzyki i mowy. Ja - przestery i przeciążenie wzmacniacza w kolumnie, której używaliśmy do tej pory, i tylko dopięliśmy tuby.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Stu dwudziestu rowerzystów i dwa łosie

 Na początek coś technicznego:

 

Vintage Sachs Super 7, jeszcze sprzed "gównianych" czasów, kupiona na Allegro w stanie używanym odremontowanym. Będzie uciecha, gdy dojdzie Alesa 622-22, a potem Marathony. Jakoś stare Sachsy odpowiadają mi bardziej niż nowe [tzn Spectro], a co dopiero SRAM; tak samo manetki "cynglowe" takie jak http://allegro.pl/manetka-sachs-sram-super-7-i1355483071.html. I to mimo ich trudnej dostępności i kłopotliwości w naprawie/regulacji: cięgno stanowi drut stalowy w twardym plastikowym pancerzu, na stałe połączony z manetką i clickboxem, przesuwający się w jedną i drugą stronę bez udziału sprężyn. To oznacza, że nie da się regulować jego długości czy wymienić! Nowsze manetki i clickboxy współpracują ze standardowymi cięgnami Bowdena.
Oczywiście do Dreigangów uznaję wyłącznie tradycyjne dźwigienki. Takie małe zboczenie zawodowe :).
Swoją drogą trzybiegowe torpeda Sachsa, SRAM i Sturmey-Archer są kompatybilne pod względem sterowania. Tak więc można bez obaw wymieniać koła...

W sobotę pojechaliśmy sobie z okazji Mikołajek, przejazd współorganizowali Fenomen i Ikea. Każdy rowerzysta to jedna maskotka dla dzieci z pogotowia.
Plakat:
Zgodnie z tytułem, było nas 120. Wraz z łosiem - 121 [na dobrą sprawę chyba 122, bo były dwa łosie: duży u kogoś na bagażniku, i mały na Borsuku]. Gdyby doliczyć dziennikarzy, to chyba 127; ale oni niezroweryzowani, więc statystyk nie podwyższą. W każdym razie było nas dużo więcej, niż się spodziewałem - myślałem o 30 - 50 osobach.
Warunki lepsze niż myślałem. Były małe problemy z dojazdem na miejsce - tradycyjnie zakopywałem się w śniegu, Łódź nie jest Kopenhagą i każdy to wie, więc ścieżki nawet nie są odśnieżane. Od siebie jechałem jezdniami [ach, to zdziwienie kilku Prawdziwych Menszczyzn w ortalionowym umundurowaniu i barwach eŁKSy!], na Krzemienieckiej przeniosłem się na DDR i było duuuuużo gorzej. Potem tradycyjnie: Bandurskiego, park Poniatowskiego, Mickiewicza i Pietryna. W drodze na miejsce spotkałem parę osób na różnych pojazdach: BMX, trekking/mieszczuch, góral. Dawali sobie radę lepiej niż ja :)

Atmosfera - jakby bardziej pozytywna. Obserwatorzy uśmiechali się, machali do nas rękoma, my do nich też. Jakiś automobilista szarżował, inny trąbił. Sama droga była niezła: mało śniegu i lodu, dało się spokojnie przejechać. Trasa? Pietryna, Jaracza, Zachodnia, Ogrodowa, Karskiego, Drewnowska, Zachodnia/Kościuszki, Andrzeja,   Wólczańska, Mickiewicza/Piłsudskiego, Sienkiewicza, Wigury, Pietryna, Narutowicza, Wschodnia, Pomorska i Plac Wolności. Bardzo zdradliwe były tory pod koniec: dwa razy wpadło mi koło i mnie wykręciło, za drugim zaliczyłem glebę. Ble. Na szczęście żyję, a moja wymasowana [dosłownie!] Latająca też :)

A oto kilka zdjęć:












Powrót? Upierdliwy. Najpierw pojechałem Piotrkowską do Andrzeja, potem Lipową [koło wiadomo jakiego miejsca :)], następnie chodnikami obok 6. Sierpnia [przydałby się kontrapas...] a dalej - jezdnią. Chciałem wpaść do Wićki i kupić chlapacz, ale się nie udało. Może to i dobrze? Teraz nachodzi mnie na zrobienie sobie chwytów chlapacza z odpadów bydlęcej / końskiej skóry, do kupienia u jakiegoś rymarza czy kaletnika. W każdym razie ruszyłem do Włókniarzy, gdzie DDR nieodśnieżony i się zakopywałem. Skręciłem w Konstantynowską i pojechałem sobie przez ścieżkę przy parku na Zdrowiu, o dziwo przejezdną. A dalej już ulicami :).

Podczas zimowych jazd zauważyłem, że najtrudniejsze jest ruszanie na śniegu. Gdy już jadę, trzymam linię - startując, mam tendencję do niekontrolowanego skręcania kierownicy. Poza tym ona sama się przekręca podczas postoju z nóżką. Dlatego skusiłem się na stabilizator f-my Hebie: http://www.rowerystylowe.pl/elastomer-ukladu-kierowniczego-hebie-0695-p-4915.html [kupiłem nie w Stylowych, a na Allegro; jak widać, zapasy tych na mój rozmiar ramy się pokończyły] i za parę dni zobaczymy, jak to się będzie spisywało. Mam nadzieję, że dobrze.

A tak w ogóle cieszę się, że Zdanowska wygrała wybory. Raz, że miała porządny pro-kulturalny, pro-rowerowy, pro-rewitalizacyjny itd. program, podczas gdy Joński - z tego, co kojarzę z rozmów na liście RSSzdŁ - już taki fajny nie był i zamierzał automobilizować miasto. Dwa, że przeciera innym paniom drogę do polityki, co z mojego feministycznego punktu widzenia jest ważne. Tak więc nic tylko trzymać kciuki! :)

piątek, 3 grudnia 2010

LH specyfikacja

Wkręciłem się na bikestats, chciałem podać specyfikację ale skurczybyk softłer dopuszcza tylko 2048 znaków. Ech, lubię się rozpisywać... Na szczęście blog mnie nie ogranicza, więc zarzucę tu:

rama oryginalna, prod. nieznany
kierownica, chwyty - j.w.
hamulec i klamka - j.w.
mostek kierownicy - Humpert, 40cm fi 22.1, RS
stery Touren, RS
błotniki - prod. nieznany, RMH
osłona łańcucha + ramka - j.w.
osłonki koła - j.w.
pedały - j.w.
mieczyk - prod. nieznany, ŁCC
chlapacz [był i będzie] - Bibia Old School, RS/ŁCC
bagażnik - oryginalny, miał nóżkę ale do niczego się nie nadawała i usunąłem
podpórka centralna - prod. nieznany, podobna do Tranz-X, LSR
siodło - Lepper Primus z allegro, kupione za 150zł jak nowe
sztyca - Zoom, z któregoś LSR
suport - prod. nieznany, wkład na maszynowych
korba lewa, prawa - prod. nieznany, wymieniane "na raty" [lewa wraz z suportem, prawa później], prawa - 46T
łańcuch - Shimano
tylna piasta - Sachs Spectro S7, z Synkros
przednia piasta - SRAM i-Light D3 series, z RS
obręcze - oryginalne, przód Schurmann 622-22, tył prod. nieznany 635-22, zardzewiałe :(
ogumienie - Schwalbe Delta Cruiser, Road Cruiser [nie pamiętam, gdzie która], dętki zwykłe CST
lampka - jakaś made in China, dwużarówkowa, jako światła długie zrobiłem lampkę na power-LED
zabezpieczenie - Axa Defender RL z łańcuchem
elektronika - 100% DIY, ramka na bagażnik i gumy też :)

[ŁCC = Łódź Cycle Chic, RS = Rowery Stylowe, LSR = lokalny sklep rowerowy, RMH = Rowery Miejskie "Holender", W-wa, na allegro użytkownik abrajan1]

Dziś krótko. Jechałem do sklepu grzęznąc w śniegu na ulicy, toteż przeniosłem się na chodnik... dużo wygodniej i bezpieczniej, bo i tak poruszam się wolno. Podczas gdy ja, uważając na piechurów, parłem do przodu, na jezdni był koreczek: samochody się przyblokowały i nie mogły minąć.

środa, 1 grudnia 2010

Nagły Atak Zimy

Poniedziałkowa śnieżyca sparaliżowała miasto - zepsute tramwaje, kilkukilometrowe korki, brak pługopiaskarek, 30cm śniegu na chodnikach... masakra! Na zajęcia jechałem przeszło dwie godziny, a wracałem trzy i pół. Tramwaj 8 uciekł mi sprzed nosa, więc zamiast czekać na mrozie co najmniej 20 minut, postanowiłem iść na autobus 6... Wsiadłem, w środku było ciepło, czytałem "Zakazane miłości" Marty Konarzewskiej i Konrada Pacewicza - egzemplarz autorski, dostała chyba każda osoba udzielająca wywiadu. Kierowca wkurzony i wcale mu się nie dziwię, a pasażerowie coraz bardziej mili, solidarni, skorzy do pogaduszek... naprawdę wyjątkowa atmosfera, nikt nikogo nie wyzywał/krzywo patrzał/itp. itd., bo w obliczu wspólnego przeciwnika - zimy - ludzie się jednoczyli.
Cała Bandurskiego, Krzemieniecka, Krakowska i Złotno były zablokowane przez kilkuset automobilistów, którzy koniecznie musieli ruszyć samochodami na miasto. O ile jedni korzystają z samochodów mądrze - tzn. na dłuższych dystansach, w kilka osób, z bagażem, lub gdy rzeczywiście gdzieś się trzeba dostać "na cito" - o tyle inni spokojnie mogliby wsiąść do tramwaju czy autobusu, uwalniając przestrzeń na jezdni i powierzchnię do parkowania. A MPK nie miałoby takich problemów, jak ma... Dlatego uważam, że należy zdekonstruować mit samochodu jako szybkiego środka transportu w mieście [co innego między miastami - wtedy rzeczywiście jest najwygodniejszą metodą poruszania się], wyznacznika statusu społecznego [no dobra, wiąże się to z wszechobecnym konsumpcjonizmem i trzeba uderzyć w przyczynę, nie objaw] oraz wypromować komunikację miejską oraz rower, a także łączenie metod: np. parkingi na obrzeżach centrum, połączone z przystankami KM czy wypożyczalniami rowerów. Moim zdaniem w PORD przydałby się zapis, że autobusy lokalnego transportu zbiorowego, pozostającego w gestii miasta [choć może i prywatnych przedsiębiorstw też to powinno dotyczyć?], mają pierwszeństwo przejazdu tak jak pojazdy szynowe. Oprócz tego przydałyby się pasy autobusowo-rowerowe, gdzie prywatne samochody nie mają wjazdu.  W Paryżu zrobiono to w fajny sposób:


Źródło: http://www.bikexprt.com/bikepol/facil/lanes/bikebus.htm
Jak widać, pasy rozdzielone są wysoką wysepką. Wjechanie samochodem z drugiego pasa jest poniekąd utrudnione.

Dzisiaj przeprosiłem się z siodełkiem i mimo paru(nastu? dziesięciu?) "odcinków specjalnych" w postaci nieodśnieżonych jezdni, chodników i ścieżek, dało się jechać. A od ruchu się ogrzałem. Jedni się dziwili, inni również byli na tyle odważni, by wybrać dwa kółka, choć przeważnie górale, a na tych zimą łatwiej. Kolega z ŁAC zasuwał na ostrym. Szacun! O rikszach nie muszę wspominać.
Niestety, Latającej pogoda dała się we znaki i torpedo zbyt długo nie pożyje... po raz pierwszy od jakiegoś czasu pod większym obciążeniem spadł mi łańcuch. Oby się udało obskoczyć sobotni przejazd mikołajkowy.

Wkrótce wymiana koła. Stare na Spectro S7 rozbieram - piasta do remontu, zardzewiała obręcz [oryginalna] na złom, szprychy z nierdzewki szkoda wywalać bo do czegoś się przydadzą, oponę podam dalej, dętka - do nowego. ReCYCLING jak nic :).
A nowe? Na alledrogo kupiłem chromowanego, wyremontowanego Sachsa Super 7 [czyli bezpośredniego poprzednika Spectro, wygląda dużo bardziej oldschoolowo i "holendersko"], czekam na dostawę. Wypatrzyłem felgę Alesa 22-622, do końca został tydzień, ale pewnie wygram aukcję; koło zaplotę u Kasińskiego. Jako guma będzie Schwalbe Marathon Plus Tour 37-622, w zamysłach sprowadzona ze Stylowych przez Wićkę.

Nie byłbym sobą, gdybym pominął milczeniem piątkową Masę. Jedna z najfajniejszych, na których byłem. Jechaliśmy Andrzeja aż do Włókniarzy, potem 6 Sierpnia, Żeligowskiego, 1. Maja, Próchnika [przejeżdżałem koło dawnego domu moich dziadków], Rewolucji. Przystanek na EkSoc-u. Szkoda, że Iza nie jeździ - byłem z nią raz, przeszło rok temu, na swojej pierwszej Masie... Z Uniwerka ruszyliśmy ul. P.O.W. przez plac Sałacińskiego, dalej Węglową, Tramwajową [do atrakcji należały dwie potężne dziury, pieczołowicie strzeżone przez Niebieskich], jakoś tam do Przędzalnianej, następnie Fabryczną, Abramowskiego [brrrr! kto wie, ten wie :)], Brzeźną, Radwańską, Kościuszki, Pietryną, 6. Sierpnia, znowu Kościuszki i skręt w Legionów do mety. Z plusów: nowe tuby, na których będę robić nagłośnienie, miały chrzest bojowy. Spisały się dobrze, ale dopiero w wersji ostatecznej pokażą, co potrafią. Niebiescy dali radę bez policji, która nas olała. Był after w kawiarni "U Milscha" na rogu Kopernika i Łąkowej - miłe, zabytkowe miejsce, a pewna Justyna obchodziła urodziny i wszyscy wypiliśmy za jej zdrowie. Potem do domciu...

A, i +10 do lansu, bo trafiłem na bloga ŁCC:


Ja i Latająca - para nierozłączna, bo choćby skały srały, kładę nogi na pedały :)
A pomijając skórzany cylinder, który zostawiam sobie "na okazje", noszę wszystko co widać. Kapelusz mam wełniany, ten, co na sesji z Agatą. Wysokie kozaki zimą są najpraktyczniejszym obuwiem pod słońcem! Mam nadzieję, że więcej mężczyzn się wyemancypuje i doceni ich zalety... znowu.

Przy okazji przeglądałem oryginał, od którego wszystko się zaczęło, czyli Copenhagen Cycle Chic i trafiłem na "cargo bike culture" - nawet nie wiedziałem, że ktoś określił pewne zjawisko tym mianem! A chodzi o używanie rowerów towarowych do transportowania przedmiotów i osób [tak, tak! dowożenie dzieci do szkoły czy przejażdżki z ukochaną osobą, przyjaciółmi itd. to w Danii i Holandii powszechność]. Namiastkę tego mamy w Łodzi - jedno cargo ma Dynamo, drugie - Wićka, nie wiadomo czy jest tego więcej. Za jakiś czas dołączy riksza nagłośnieniowa. Ale nie w tym rzecz. Otóż istnieje kopenhaska firma Christiania Bikes, działająca na terenie Wolnej Dzielnicy Christiania; ta ostatnia mnie zainteresowała, bo jest działającą w mieście odrębną, samorządną wspólnotą, gdzie obowiązują pewne zasady [np. zakaz przemocy, wnoszenia broni, wchodzenia w kamizelkach kuloodpornych, wjazdu samochodem, handlu twardymi narkotykami, budowania bez zgody zbiorowości] egzekwowane przez samych mieszkańców, czasem wbrew "państwowym". Wstępu bronią dwie bramy, więc łatwo kontrolować, czy nie wchodzi jakiś podejrzany element lub zwyczajni banici, którzy przeskrobali coś poważnego i zostali usunięci. A tak to przestrzeń z założenia wolna, otwarta, zakładająca swobodę ekspresji i twórczości, egalitarna i all-inclusive. Ma oczywiście minusy: zdarzają się ekscesy - głównie jeśli chodzi o sprzedaż narkotyków - i, niestety, centroprawicowy rząd "dokręca śrubę" wbrew woli mieszkańców, nakładając ograniczenia na osiedlanie się, budowanie domów. Chce rozwalić parę istniejących i wprowadzić tam mieszkalnictwo komercyjne. Jak na razie jednak Christiania jakoś się trzyma. Piszę o tym dlatego, że takie miejsca istnieć mogą, i moim zdaniem bardzo dobrze; myślę, że tam bym się dobrze wpasował.