niedziela, 19 grudnia 2010

Rowelucja

Wbrew wszelkim obawom, chłopaki z firmy Opek się spisały i w sobotę doszły moje wypasione opony! Całe popołudnie i wieczór przesiedziałem w warsztacie, wymieniając ogumienie na kołach, smarując łańcuch [tak - zimą nawet osłona nie chroni go przed rdzewieniem], poprawiając nóżkę, montując chlapacz i nastawiając to cholerne cudowne tylne koło, by z obu stron odstawało na równą odległość, a przy tym łańcuch miał dobry ale nie-za-dobry naciąg.

Pierwsza sprawa: opony. Nie wiedziałem, że M+ Tour 37-622 będą tak wąskie, są ciut węższe niż Delta Cruiser 37-622 i dużo węższe niż Road Cruiser 40-635. W zimowych warunkach trochę mnie to niepokoi... ciśnienie w punkcie styku opon z drogą będzie większe, co oznacza łatwiejsze zapadanie się w śnieg, z drugiej strony mniejsze opory ruchu przy brnięciu przezeń. Ciekawi mnie zachowanie się opony na lodzie: inna mieszanka + głębszy bieżnik + większe ciśnienie opony na jezdnię powinny poprawić przyczepność. Pocieszam się myślą, że Heniek z ŁAC ma ostre koło na szosowych oponach i też daje radę. Cóż, jutro albo pojutrze jazda próbna :)
W każdym razie uniknąłem problemu, jaki miałem z Road Cruiserem: niedopasowania do błotnika i obcierania o wspornik. Zmiana średnicy i szerokości dały pożądany skutek.

Sama wymiana może być bajecznie łatwa lub piekielnie upierdliwa w zależności od felgi. Np. na przednim Schurmannie oponę montowało się bardzo ciężko; w ostatnim etapie pomogło ściśnięcie opony tam, gdzie już "siedziała" na obręczy, opaską kablową by się nie zsuwała, i mozolne zakładanie łyżką. Tylna Alesa dała się ogumić rękoma, bez łyżek. Niepokoi mnie to: czy przy 6 barach nie zdmuchnie opony z koła? Na razie się trzyma.

Kapcie - adieu! Swoją drogą, przebicia zdarzały mi się wyłącznie w tylnym kole, jak na ironię. Pierwsze prawo Murphy'ego mówi, że dowolna awaria zawsze dotyczy podzespołu trudniejszego w naprawie.

Oprócz tego zamontowałem zespół lampki tylnej: lampka Busch und Muller Toplight, puszka z kierunkowskazami po bokach i obwodem podtrzymania napięcia dla lampek tylnych w środku. Są dwie: Toplight na bagażniku oraz błotnikowa, do której trzeba było przeciągnąć kabelki. Wcześniej szedł jeden wierzchem podpory bagażnika, ale teraz postanowiłem zrobić to bardziej elegancko i puścić dwa jednożyłowe wewnątrz podpór, bo na końcach tychże są otwory o śr. 2 - 3mm. Najbardziej upierdliwy okazał się etap przeciągania przewodów: łatwo wchodziły, ale nijak nie dało się trafić w dziurkę na drugim końcu. Cienki drucik 0.5mm2 też nie dał rady, bo się wyginał. Gdzieś w warsztacie "przepadł" mi fajniejszy przewód 0.7mm2, z którym sztuczka pewnie by się udała... zgodnie z drugim prawem Murphy'ego, wszystkie rzeczy giną w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne! Ale ja, jak to ja, wycwaniłem się: wziąłem przewód YTKSY6x0.5mm [trochę tych kabelków słusznej długości dostałem w Łódź Art Center przy okazji montażu systemu alarmowego - a że ich nie wykorzystujemy, to droga wolna :)], wyciągnąłem trzy żyły, zrobiłem skrętkę rozwidloną na końcu i wepchnąłem w rurkę przez górny koniec. W otworze z drugiej strony ukazała się jedna z żył - celowo rozwidliłem skrętkę, by zwiększyć prawdopodobieństwo wyjścia jakiegoś drucika! Wyciągnąłem go szczypcami, odizolowałem, przylutowałem cienką acz mocną linkę i wyciągnąłem skrętkę z powrotem. Linka wyszła jak należy. Teraz należało ją odciąć, odizolować, zlutować z właściwym przewodem i przeciągnąć na dół. Wszystko udało się pięknie, a z drugim przewodem postąpiłem analogicznie. Końce przewodów zabezpieczyłem rurką termokurczliwą i założyłem konektorki, bo chciałem rozłącznego połączenia przy hakach. Następnie przeciągnąłem przewody do lampki na błotniku, co było bardzo łatwe i dodać należy tylko, że szły wewnątrz pałąka, na końcach były zabezpieczone rurką termokurczliwą, przy hakach miały konektorki, a do samej lampki szły we wspólnej rurce.

Pozostaje mi dokupić i założyć duże LED-y superjasne, po jednej na każdą lampkę. Oświetlenie tylne będzie gotowe.

Dziś "wojowałem" z elektryką: trzeba było podłączyć nowy kabel lampki tylnej i prądnicy, sprawdzić przyczynę zwarcia przy włączaniu wtyczki ładowania [tak, ładna iskra + wywalanie bezpiecznika :)] oraz niedziałania alarmu, a także wymienić żarówki w przednich kierunkowskazach na LED-y. Wszystko teoretycznie łatwe, choć uciążliwe i pracochłonne, bo w piwnicznym korytarzu jest mało miejsca i trzeba się namęczyć, by coś znaleźć / odkręcić coś z drugiej strony/itepe itede. Kable zamontowane, problem z prostownikiem rozwiązany [gniazdo zasilania miało przebicie - dziwne... w każdym razie transformator cały :)], alarm działa jak należy. Zostaje tylko założyć diody w lampkach tylnych.

A tak w ogóle leci sobie mój ulubiony album Faith and the Muse - Annwyn, Beneath the Waves... grupę odkryłem niedawno - w maju lub czerwcu, podczas "Trzeciej Strony Księżyca", audycji z muzyką okołogotycką na Trójce w każdą pełnię księżyca o północy. Przyznam, że wspomniany zespół jest jednym z tych, w których się zakochałem od pierwszego usłyszenia, gra genialną mieszaninę darkwave'u a la Dead Can Dance z deathrockiem, a to oznacza, że muszę to lubić :). Wystąpili dwa razy na ostatnim Castle Party, relacja z obu koncertów w jednym z poprzednich wpisów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz