niedziela, 19 czerwca 2011

Kolejne udoskonalenia

Rzadko piszę, bo teoretycznie powinienem cały czas siedzieć za magisterką, a w praktyce - ciągle chce mi się spać, bez kawy nie funkcjonuję i w ogóle. Praca em gie er powstaje powoli, sukcesywnie. Część eksperymentalna zrobiona, literaturowa prawie skończona. Opisać metodykę badań, napisać wnioski - to będzie najłatwiejsze. Wyszło całkiem nieźle, narobiłem 16 pigmentów, z czego jakieś 6 jest bardzo ładnych, drugie tyle - tak sobie, trzy są badziewne, a jeden spłynął w kanał. Mimoo to jest dobrze. Ale nie tylko tym żyję; cykloza się zaostrzyła i doszło do samodzielnej budowy kół. Do tego coraz bardziej jestem nakręcony na resztę życia - a przynajmniej kilka(naście) lat - w Zjednoczonym Królestwie Niderlandów. Tak! Takie państwo istnieje i popularnie zwane jest Holandią, podobnie jak Wielka Brytania - Anglią. Ciekawe w takim razie, czemu Włochy nie są zwane Lombardią, Niemcy - Saksonią, a Polska - Mazowszem. Cóż, chyba tego nie rozgryzę :D.
Najpierw będzie o nowym sprzęcie. Ale żeby wyjaśnić motywy mojego postępowania, muszę wspomnieć, że od maja Masa Krytyczna dostaje muzykę przez eter - od Studenckiego Radia ŻAK Politechniki Łódzkiej. Tak więc jeśli ktoś ma jakieś radio, cokolwiek co łapie 88,8MHz lub ma łącze internetowe i wyjście audio - może taki sprzęt sobie włączyć i słuchać, albo dołożyć się do nagłośnienia peletonu, jeśli jedzie z nami. Dlatego zrobiłem małe rowerowe stereo z pary kołchoźników i radia blachosmrodowego kupionego na Allegro za 7zł. Głośniki wisiały po bokach bagażnika jak sakwy, a radio przytroczyłem przy kierownicy. Pierwsza próba wypadła źle, bo akumulator 7Ah zbyt szybko się rozładował i nie wystarczyło muzyki na całą Masę. Radio zawadzało o nogi, trochę się posiniaczyłem ;). Do tego nie miałem możliwości nadawania komunikatów przez szczekaczkę, a to już bardzo źle. Cały system wymagał udoskonaleń i teraz jest znacznie bardziej przemyślany. Kołchoźniki będą wisieć tak jak dawniej, bo to dobry patent - za to radio poszło na tył. Zamocowałem je na płycie aluminiowej 30x40cm, oprócz tego jest tam skrzynka z narzędziami, kompresor serwisowy i akumulator 18Ah. Prądu mamy pod dostatkiem; jest możliwość spięcia nowego akumulatora z instalacją roweru na wypadek gdyby coś zdechło. Cały zestaw można nazwać "Borsuczątko" - na cześć Borsuka, czyli masowej przyczepy służącej do przewozu nagłośnienia, narzędzi i in., bo pełni te same funkcje, jest dużo mniejszy. Waga całości wraz z głośnikami - ok. 20kg. Nie przeraża mnie to, bo jeździłem z cięższymi ładunkami, a przecież Holendrzy i Duńczycy powszechnie wożą pasażerki / pasażerów na bagażnikach :). Swoją drogą nie rozumiem wszędobylskiego kultu minimalizacji masy roweru. Dla kolarzy, kurierów, turystów to ma sens z punktu widzenia szybkości albo oszczędzania energii i niemęczenia się. Ale dla mieszczuchów? Bullshit.
Przy okazji przerobiłem mocowanie płyty i skrzynki drewnianej, wywaliłem ramkę która była przymocowana na opaski kablowe, a wywierciłem otwory w bagażniku i przykręciłem na stałe dwa kawałki kątownika. Na razie to rozwiązanie spisuje się dużo lepiej. Boję się trochę o wytrzymałość stalowej rurki w miejscu mocowania kątowników - czy się nie pognie itp. Najwyżej zrobię sobie nowy bagażnik.

Z kołami było tak: zaplatałem już trzy, a właściwie cztery, przy czym dwa razy doprowadziłem robotę od początku do końca z fajnymi rezultatami.
Koło pierwsze: mój stary Sachs Torpedo Dreigang, stalowa obręcz (1) kupiona w Star Bike przy Kilińskiego, szprychy po 60gr kupione w Cykliście przy Kilińskiego. Jak na pierwsze koło, udało mi się je skończyć, choć były problemy. Nierówno ponaciągałem szprychy i przy rozprężaniu [oparcie ośki o podłogę, pchanie na obręcz z dwóch stron, obrót o 1/8, pchanie itd., odwrócenie koła do góry nogami... ekhem, zębatką? i powtórzenie] zrobiła mi się piękna ósemka. Rozplotłem, zrobiłem na nowo. Tym razem jakoś się trzymało, choć nie udało mi się go wycentrować do końca i dałem je do swojego lokalnego sklepu rowerowego. Pojeździłem trochę, i co? Szprychy padały jak móchi. Winna była zbyt duża różnica średnic szprychy [2.0mm] i otworu piasty [2.7mm] i brak podkładek pod łebkami, to, że nie nabiłem łebków po zapleceniu albo to, że obręcz ciągnęły szprychy po wewnętrznej - a nie zewnętrznej - stronie piasty.
Razem poleciało pięć szprych: cztery wymieniłem bo miałem zapasowe, a potem jeździłem bez jednej po naciągnięciu sąsiednich. Koło było zawodne, trzeba było je szybko wymienić, a do tego potrzebne były części na nowe. Patrz koło trzecie.
Koło drugie zrobiłem w międzyczasie, gdy doszła mi upragniona piasta Sturmey-Archer X-FDD. Szprychy CnSpoke 2.0mm kupione u p. Kasińskiego przy Legionów - do tych już mam zaufanie. Obręcz stalowa ze Star Bike. Tym razem zaplot poszedł bardzo łatwo, centrowanie przeprowadziłem od początku do końca, rezultat: +/-1mm na boki. Dziś podcentrowałem koło, bo trochę dostało na wybojach i było bardziej sfałdowane.

Koło trzecie: odrestaurowana Torpedo Dreigang po Hubercie, szprychy Sapim cieniowane 2.3/2.0 [1.50zł/szt na Rowerach Stylowych], nyple mosiężne które były wraz ze szprychami, obręcz ze Star Bike choć trochę inna, chyba bardziej wiotka. Spróbowałem innej techniki naciągania: najpierw naprężyć lekko szprychy aż zostają jakieś dwie nitki gwintu, potem centrować wyłącznie przez luzowanie po odpowiedniej stronie i wreszcie dociągnąć nyple, czynność powtórzyć. W rezultacie miałem bardzo nierówne naciągi szprych i koło złożyło się podczas rozprężania. Piękna ósemka. Próbowałem wyprostować obręcz i zapleść na nowo, ale nie wyszło, felga na śmieci, ale nie wyrzucałem jej od razu - poczekałem aż będę miał nową, zepnę dwie razem taśmą izolacyjną i przeniosę szprychy z jednej na drugą.
W międzyczasie w piątek na Karolewie padła szósta szprycha w tylnym, i to "po sąsiedzku" do tej, która poleciała poprzednio, dzięki czemu miałem baaaardzo skrzywione koło. Wyjąłem osłonkę, by opona nie ocierała, trochę dociągnąłem nyple po przeciwnej stronie i dojechałem te parę kilometrów do Łódź Art Center. Tam była niby-opuszczona damka Prophete, z której chciałem pożyczyć tylne koło - tak naprawdę rower nie był opuszczony, właścicelka się znalazła ;) i chciała wkrótce wsiąść na jednoślad, mimo że nie robiła tego całe miesiące. Na szczęście dogadałem się z dziewczyną i pożyczyłem tylne koło, by mieć na czym jeździć dopóki nie zaplotę sobie nowego. Stare rozebrałem na miejscu. Obręcz (1) mimo, że po przejściach, okazała się prosta i już nie kupowałem nowej, tylko ją wykorzystałem. Słowo "recycling" nabiera dosłownego znaczenia: jeżdżenie na rowerze / częściach wycofanych z użytku. Nowe kupiłem tylko nyple: stalowe, trochę grubsze niż poprzednie, 20gr/szt. w Star Bike, nie wiadomo jakiej produkcji, ale całkiem fajne, nie zajeżdżały się. Zabrałem felgę do domu, przeniosłem szprychy + piastę z koła 3, przy okazji zwróciłem uwagę, by umieścić otwór na szprychy między parą równoległych szprych i by widać było przez niego logo "Torpedo" na piaście. Taki mały szczegół, a cieszy - wg Sheldona to znak dobrego rzemieślnika:
"It is customary to orient the rim so that the label is readable from the bicycle's right side. If the hub has a label running along the barrel, it should be located so that it can be read through the valve hole. These things will not affect the performance of the wheel, but good wheelbuilders pay attention to these things as a matter of pride and esthetics." 
Oczywiście ważniejsza jest wytrzymałość koła - jak się będzie spisywać, to już czas pokaże... będzie dźwigać 77kg mnie + 20kg zakupów, sprzętu itp.
Centrowanie zajęło mi ok. 4h. Dziś założyłem koło i nowe napinacze w miejsce pordzewiałych starych, dętka Schwalbe zamiast Cienkiej-Słabej-Taniej. Jutro dziewiczy rejs... określenie pewnie na miejscu, bo zapowiadają deszcz. Co pożyczyłem - oddam, przy okazji zrobię Profetce full serwis :). Poza tym o 18ej próbny przejazd przed Masą na Teofilów... będę pamiętał, by powiedzieć sprzedawczyni w LSR, może przyjdzie popatrzeć :).